indie211 005

INDIE

TRASA: Warszawa- Moskwa- Waranasi- Delhi- Agra- Jaipur- Delhi- Moskwa- Warszawa

Liczba dni: 12

Bilet lotniczy: Warszawa- Moskwa- New Delhi- Varanasi (w obie strony)- 1650 zł

Jedzenie: Puli na ulicy: 40 INR (ale można zjeść też za 15 INR)

Puli w restauracji- 150 INR

Piwo- 100INR, Coca-cola- 50 INR

Obiad w hinduskiej restauracyjce- 100-150 INR

 

VARANASI: taxi z lotniska do hotelu przy ghatach- 530 INR

Hotel- 500INR

Rejs po Gangesie- 150 INR

Wycieczka na wioski w okolice Varanasi- 800 INR

Zwiedzanie hinduskiej świątyni- ok. 100 INR

DELHI: taxi z lotniska do hotelu w centrum- 800 INR

Hotel: (dwuosobowy bez wyżywienia) 600 INR

 

Wycieczka całodniowa do Agry wykupiona w biurze podróży Raja Babu Travels- 600 INR plus opłaty wstępu do Fort Agra- 300 INR i Taj Mahal- 750 INR

Wycieczka całodniowa do Jaipuru- w tym samym biurze: 850 INR

Wycieczka całodniowa autokarem po najważniejszych atrakcjach Delhi- 250 INR

    

MOJE INDIE

„Możesz w życiu stracić wszystko, ale to co zobaczysz, czego doświadczysz nikt nigdy ci nie zabierze” te znamienne słowa stały się jakby mottem i napędem dla mnie. Podróże dają mi możliwość namacalnego poznania różnych kultur, religii, poznania nowych ludzi. Choć niejednokrotnie męczące, wymagające sporego wysiłku fizycznego  dają mi poczucie naładowania akumulatorów na dalsze życie. Choć byłem już w wielu krajach, zawsze ciągnęło mnie do Indii. Kiedy nadarzała się akurat możliwość wyjazdu ze znajomymi okazywało się, że brakuje mi albo forsy, albo czasu. Tak „przepadły” mi wyjazdy do tego magicznego państwa. W końcu w noc sylwestrową popijając kieliszek noworocznego szampana, podjąłem decyzję, że tym razem, w tym roku nic nie stanie mi na przeszkodzie. Kiedy usiadłem przed Internetem, przed przewodnikami uznałem, że chyba i tym razem będę się musiał wycofać ze swoich planów. Ale determinacja spowodowała że się udało. Wizę do Indii otrzymałem na dwa dni przed planowanym wylotem. Bilet kupiłem (zarezerwowany tydzień wcześniej) 24 godziny przed odlotem a szczepienia przeciw durowi brzusznemu 12 godzin przed odlotem- istny Armagedon, ale się udało! W swoje wyprawy wybieram się sam, nawet jeśli jadę z kimś staram się jechać własnym torem. Tak było i tym razem. Ja, plecak i …Indie. Wyznaczyłem sobie kilka miejsc które chciałbym zobaczyć ale pewności, że plany te zrealizuje były tylko w sferze moich marzeń. Jednak w niespełna 2 tygodnie zobaczyłem więcej niż sobie założyłem. Dysponując skromnym budżetem nie tylko moje oczy ale  przede wszystkim mój duch doświadczył wielkiego bogactwa, którym ten niesamowity kraj dysponuje. Główne hasło reklamy przedstawianej na CCN pokazują Indię jako Incredible India- i rzeczywiście jest to niesamowity skrawek naszej Planety. Ktoś kiedyś powiedział, że do Indii jedzie się tylko raz i można je tak  znienawidzić, że nigdy się do nich nie wróci albo tak  się w nich zakochać by  stale do nich powracać- ja z całą pewnością należę do tej drugiej grupy.

Incredible India…

 

 

PORANNA KĄPIEL

Godzina 5 rano- budzik zerwał mnie na równe nogi, za oknem ciemna noc. Seved powiedział mi, że aby zobaczyć najważniejszy rytuał poświęcony Matce Gandze trzeba wstać przed wschodem słońca i popłynąć łodzią na ghaty. Więc zanim świt nastał ja już siedziałem w łodzi. Temperatura bardzo niska. Ja jeszcze niedobudzony siedziałem opatulony w zimową kurtkę z Polski,  w polar i poowijany kocem, mimo tego było mi potwornie zimno. Para buchała mi z ust jak w polski zimowy dzień. Za mną podążały łodzie innych obcokrajowców głownie francuzów i amerykanów równie opatulonych jak ja. Słońca jeszcze nie widać. Po drodze mijamy krematoria z żarzącymi się stosami, których blask oświetla koryto Gangesu. Od czasu do czasu błyśnie lampa z aparatu fotograficznego któregoś z cudzoziemców podążających jak ja na łodziach w kierunku głównych ghatów.

Mijają nas długie na kilkadziesiąt metrów łodzie po brzegi wypełnione kilkoma setkami  pielgrzymów wystrojonymi w czerwone i żółte Sarii. Mój przewodnik mówi mi, że oni przyjeżdżają autobusami z różnych części Indii i na przedmieściach Varanasi i przesiadają się do tych łodzi, bo w centrum Varanasi nie ma gdzie zaparkować. Niejednokrotnie zdarzały się wywrotki takich łodzi i wiele utonięć, ale dla hindusa śmierć w wodach Gangesu to nagroda a dla rodziny topielca wielka radość, że ich bliski zakończył swój żywot w pełnym zjednoczeniu z świętą Gangą. Nasza łódź podobno jest niezatapialna, tak twierdzi mój wioślarz, wiec trochę jestem spokojniejszy.

Nad Gangesem unosi się niewielka mgła, co z połączeniem  z blaskiem świateł z lamp stojących na ghatach stwarza niepowtarzalny klimat, jakby przeniósł się do innej krainy . Na brzegach coraz więcej ludzi, którzy nie tylko wysiadają z łodzi ale również napływają ze wszystkich stron wąskimi uliczkami. W końcu na horyzoncie po drugiej stronie Gangesu ukazuje się pierwszy promyk słońca. Ludzie na ghatach wstają a z głośników zaczyna wydobywać się pieśń na cześć rzeki Gangi. Widzę jak wielu z nich unosi ręce i odmawia modlitwy. Podpływamy bliżej. Wioślarz siada obok mnie. Nic nie mówi. Zatapia się w modlitwie. Choć wiem, że to hinduski zwyczaj ja jednak postanowiłem dołączyć się do tego rytuału. Zmówiłem parę naszych katolickich modlitw wierząc, że Matka Ganga się na moją modlitwę nie pogniewa. Wszak i w naszej religii znana jest poranna modlitwa tzw. jutrznia czy roraty w czasie adwentu. Modlitwę przerwało mi jednak poklepywanie mnie z tyłu po plecach. Podpłynęła łódką mała dziewczynka z maleńką zrobioną z liści miseczką wypełnioną kwiatkami pośrodku ze świeczką (tak naprawdę to była kapka wosku z wystającym z niej knotem)

– Master-ten Rupies! Please buy.

Mój przewodnik pomachał rękami, że powinienem kupić, że trzeba zapalić dar dla Gangi, omówić modlitwę i puścić w jej nurt, ma to mi przynieść błogosławieństwo i opiekę Matki. Wygmyrałem z kieszeni dwadzieścia rupii i kupiłem „prezent” dla rzeki. Zamiast 10 rupii reszty dostałem od uśmiechniętej dziewczynki jeszcze girland aksamitek, które też popłynęły wodami Gangesu.

Była szósta rano. Mgła jeszcze unosiła się nad wodami Gangesu. Zimno nadal. Hindusi zaczęli wchodzić do wód Gangesu- niedowierzałem. Ja na łodzi prawie skostniały a oni rozbierają się niemal do naga i wchodzą do wody. Wtedy po raz pierwszy zdecydowałem się dotknąć własnym ciałem wody Matki Gangi- była lodowata. Nie mogłem uwierzyć, że Ci ludzie bez żadnej reakcji na zimno wchodzili do rzeki. Nie widziałem nikogo kto by się zawahał, wycofał. Kobiety w pięknych Sarii zanurzały się w całości, podobnie mężczyźni- jednak ci rozebrani do czegoś co przypominało majtki. Również matki z małymi dziećmi na rekach i zupełnie nadzy Sadhu- świeci mężowie. Stojąc po pas w wodzie ze złożonymi rekami odprawiają modły by po chwili zanurzyć się potrzykroć w wodach Gangesu. Niektórzy piją wodę prosto z rzeki, inni polewają wodę z rąk dodatkowo po twarzy jakby samo zanurzenie im nie wystarczyło, jeszcze inni nabierają wodę do glinianych lub plastikowych pojemników- zabiorą ją dla pozostałych  członków rodzin w centrum Indii. Są i tacy, którzy jak ja zapalają świece i puszczają na wodę lub wrzucają girlandy aksamitek i róż. Pobożnym Hindusom te rytuały dają nadzieję, że dzięki oczyszczającej świętej wodzie wyrwa się z cyklu narodzin i śmierci i od razu dostąpią zbawienia.

Popatrzyłem na drugi brzeg. Słońce już całe wzeszło nad Indiami- wielkie, czerwone bez błysku rażącego oczy. Miałem wrażenie jakbym uczestniczył w dwóch światach- boga słońca, wód Matki Gangi i ludzi składającym im cześć i uwielbienie. Poczułem się częścią tego spektaklu, który od wieków  tu w Varanasi dzień w dzień o poranku jest odgrywany.

Zaczęło się robić coraz tłoczniej od łodzi ze spóźnionymi turystami. Niektórzy z nich zachowują się jak hieny- przekrzykują się, pokazują palcami nagich Saidu, śmieją się. Jeden z angielskich turystów pali papierosa i popija browara. Niektórzy podpływają bardzo blisko wręcz przystawiając do twarzy rozmodlonych Hindusów aparaty fotograficzne. To już nie mój klimat.  Moja łódź powoli mknęła z powrotem do przystani z dala od świętych schodów wypełnionych Hindusami.

 

KREMACJA

Kiedy wsiadłem z taksówki tuż obok mojego hotelu poczułem  w powietrzu słodkawy zapach, którego nie mogłem z niczym porównać. Zanim wypakowałem bagaże obok mnie dość szybkim krokiem przeszedł kondukt złożonych z samych mężczyzn ubranych na biało. Jeden z nich wygłaszał jakąś mowę a inni za nim głośno powtarzali. Czterech niosło na noszach poowijane „coś” w kolorowe materiały. Jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że był to kondukt pogrzebowy, których obok mojego hotelu każdej doby przechodziło kilkadziesiąt, zarówno w dzień jak i w nocy. Wzdłuż całej ulicy były ustawione kramy z kremacyjnymi całunami i granulkami umożliwiającymi szybsze spalanie ciał a także kadzidła, które niwelowały smród palącego się ciała. Prawdopodobnie właśnie od kadzideł pochodził ten słodkawy zapach. Tuż przy schodach opadających do Gangesu rozlokowany był skład drewna. Zarówno kramy jak i skład otwarte były całą dobę. Handel kwitł w najlepsze bo i klientów nie brakowało. Na iście średniowiecznej wadze (dwa zardzewiałe metalowe talerze uwiązane do sznurków przewieszone  przez wbity do ziemi pal- na jednym talerzu leżały jako odważniki kamienie) ważono drewno na przygotowanie stosów.

Pierwszy taki stos zobaczyłem już parę godzin po przybyciu do Varanasi- z pewnej odległości. Do końca życia zapamiętam nogi zmarłego prawdopodobnie mężczyzny wystające z płonącego stosu. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Wiedziałem, że takie formy pochówku tu dominują, że zwłoki palą na stosach, ale w realu taki obraz daje prawdziwego kopa. Każdy następny stos nie zrobił na mnie już takiego wrażenia. W Varanasi istnieją dwa krematoria: najbardziej popularny, również wśród turystów to ten na ghacie Manikarnika i drugi- znacznie starszy i mniej „zaludniony” to na ghacie Hariscandra. Ten przy którym ja mieszkałem (drugi) był dla biedniejszej społeczności. Stosy ustawiane były na ziemi. Był tez podest dla bogatszych betonowy, ale tylko jeden raz byłem świadkiem kremacji kobiety na nim. Ten na Martynice w centrum ghatów był dla zamożniejszej klienteli, ale ciasny. Obok siebie płonęło kilkadziesiąt stosów, co w przypadku krematorium na ghacie Hairscandra zaledwie kila- nie było takiego ścisku.

Zwłoki po śmierci przygotowywane są do kremacji. Naciera się je olejkami, które są łatwo palne. Następnie owija się w kolorowy całun- czerwony zarezerwowany jest dla mężczyzn, żółty i pomarańczowy dla kobiet. W ostatniej drodze na stos zmarłemu towarzyszą tylko mężczyźni, którzy na znak żałoby, tutaj przywdziewają białe stroje. Ciało zawinięte w całun przystrojone girlandami kwiatów (szczególnie kobiet) składa się na noszach. Gdy wszyscy najbliżsi krewni zbiorą się w domu zmarłego, czyli po około dobie od śmierci, po pożegnaniu zmarłego zwłoki przewozi się różnymi środkami transportu w pobliże Gangesu . Często, zwłaszcza ciała zamożniejszych Hindusów transportuje się z najodleglejszych zakątków Indii do Varanasi. Widziałem również pozostawioną na schodach drewniana trumnę z tabliczką informującą, że zmarły odszedł z tego świata w Londynie w Wielkiej Brytanii. Tak więc Varanasi to prawdziwy cmentarz, a właściwie tunel z ziemi do zaświatów dla wszystkich Hindusów. Dlaczego kremacja tutaj dla nich jest tak ważna. Otóż Hindusi wierzą, że obmycie ich ciała po śmierci w wodach świętej rzeki Gangi, spopielenie w prawdziwym ogniu ich szczątków na jej brzegu oraz wrzuceniu ich prochów do Gangesu  uwolni ich duszę od reinkarnacji, czyli wędrówki dusz po ziemskim padole w różnych formach życia na ziemi czy to człowieka, czy psa, małpy czy krowy. Doznają oczyszczenia i wiecznego spokoju połączeni z Matką Gangą.

Kondukty pogrzebowe idą szybko, bez zatrzymywania się, bez lamentu. Najbliżsi męscy członkowie zwłaszcza synowie na znak żałoby oprócz białego stroju golą sobie głowy zostawiając niewielki kosmyk włosów na jej czubku. Gdy kondukt przybędzie nad Ganges ciało składa się w niewielkiej „kapliczce” gdzie trwają modły za zmarłego. W tym czasie załatwiany jest zakup drewna oraz „wynajem”  członka pariasów- najniższej kasty hinduskiej, który zajmie się przygotowaniem stosu a potem posprzątaniu po nim. Gdy wszystko jest już przyrządzone rodzina przenosi ciało nad rzekę i zanurza je w Gandze a następnie ustawia na stosie. Drewno na stos jest drogie, a najcenniejsze to sandałowe lub orzechowe, ale niewielu tutaj na nie stać. Dominuje mieszanka różnych typów drzew w tym również i owocowych. Widziałem również pogrzeb najbiedniejszych gdzie zamiast drewna dominowała słoma i tektura z pudeł. Gdy ciało spoczywa już na stosie na zwłokach układa się jeszcze niewielką ilość drewna a także polewa się je olejkami szyb kopalnymi. Stos kropi się wodą z Gangesu i najbliższy i najstarszy członek rodziny, głownie najstarszy syn lub wnuk podpala stos za pomocą pochodni. Ciało płonie. Czas kremacji jest z góry ustalony- 20 minut zwłoki damskie, 25 minut męskie. Do stosu dorzuca się co chwile granule umożliwiające szybsze spopielenie. Rodzina cały czas stoi w pobliżu płonącego stosu a „kapłan” recytuje hinduskie psalmy. Nikt nie płacze. Co jakiś czas parias za pomocą długiego kija przewraca płonące drewna. Niekiedy, gdy spalanie przebiega wolno polewa się stosy benzynom. Po zakończeniu kremacji rodzina ogląda resztki. Czaszka zmarłego musi być pęknięta inaczej zmarły nie dostąpił „nieba”.  Jeśli ogień nie poradził sobie z jej rozbiciem rodzina rozbija ją za pomocą glinianego naczynie wypełnionego wodą z Gangesu. Ten ostatni akt kończy proces kremacji i rodzina powraca do domu. Parias zamiata prochy do rzeki. Niestety nie zawsze całe ciało przemieni się w proch. Niekiedy zwłoki ludzkie są tylko opalone, ale i je niestety zagrabia się  do Gangesu. Jeszcze tego samego dnia wypłyną na drugim jej brzegu a tam zjedzą je głodne bezpańskie psy lub sępy. Czasami na ucztę wpadnie również Aghori- człowiek pożerający resztki ludzkiego mięsa, których tu w Varanasi nie brakuje, choć sam nie widziałem ani jednego.

Nie wszystkich się kremuje. Dzieci do 4 roku życia, kobiety w ciąży oraz ukąszeni przez kobry uważani są za nieczystych tza że ich duch nawet przez ogień i świętą wodę nie ulęgną oczyszczeniu i nie osiągną krainy spokoju. Po śmierci ciało wkłada się do worka, takiego jak na ziemniaki, obciąża kamieniami i wrzuca bezpośrednio z łodzi do Gangesu. Ciało szybko spada na dno rzeki. Kilka dni po „pogrzebie” napęczniałe od wody zwłoki wypływają ponad lustro wody i… płyną! Niektóre rozerwane zostaną przez turbiny motoru którejś z przepływających łodzi, inne zjedzą ryby, jeszcze inne zjedzą zwierzęta lub drapieżne ptaki. Fragmenty ludzkiego ciała można spotkać szczególnie na brzegach poza miastem.

W przedostatni dzień mojego pobytu usiadłem sobie na betonowych schodach tuż obok krematorium. Przyniesiono zwłoki mężczyzny niemal zupełnie nagiego, nie okrytego żadnym całunem. Jego stos to parę patyków, słoma i kawałki tektury. Parias, biorą go za ręce i nogi zanurzają w rzece a następnie kładą na stos. Trochę granuli i benzyna i podpalają zwykłym kawałkiem rozpalonego patyka z innego stosu. Płoną włosy, potem ciało, zwłaszcza to na twarzy się topi. Odsłaniają się kości. Skóra na brzuch odsłania wnętrzności, które widać jak się gotują. Parias wrzuca kolejne granule i długim kijem pomaga przełamać ciało na pół. Po niecałej półgodzinie zakończono kremację. Drewnianymi grabiami to co nie uległo spaleniu zagrabuje do rzeki. Na miejscu stosu biedaka pojawiają się już nowe drewna na kolejny stos.

Bogaci nie pozwalają zagrabiać resztek po swoim bliskim tuż po kremacji do Gangesu; prochy zabierają do domu. Po kilku dniach prochy rozsypywane są do niewielkich glinianych naczyń wypełnionych wodą z Świętej Rzeki przyozdobione płatkami kwiatów. W procesji, której towarzyszą modlitwy i śpiewy przenosi się ulicami Varanasi i po uroczystym pożegnaniu wylewa się je do rzeki. W uroczystościach towarzyszą również kobiety. Podobnie czyni się z prochami sprowadzonymi tu z różnych zakątków Indii czy świata.

Tradycyjna indyjska Modlitwa –

Kiedy jestem martwy

Płacz za mną trochę

Pomyśl o mnie czasem

Ale nie za dużo.

Pomyśl o mnie teraz i ponownie

Jak miałem w życiu

W niektórych momentach jest to przyjemne przypomnieć

Ale nie na długo.

Zostaw mnie w spokoju

A ja cię zostawić w spokoju

A kiedy żyć

Niech twoje myśli się ze światem żywych.

 

BIAŁE TYGRYSY

Od początku mojego pobytu w Varanasi ciekawiło mnie życie mieszkańców po drugiej stronie Gangesu. Żadne z biur podróży nie oferuje żadnej wycieczki po okolicy, a tym bardziej po prymitywnych wioskach zamieszkanych przez biedotę. W jednym z nich Pan wręcz wykrzyczał do mnie, co ja chce oglądać- kalekich i ich glinianki?! Lepiej jedź do Agry albo do Janpuru! I oczywiście zostałem zalany stosem informacji łamanym angielskim i całą masą folderów o tych miejscach. Mnie jednak kusiło zobaczyć jak żyje zwykły Indus z wioski nadgengeskiej. Z ciekawości zapytałem gangeskich wioślarzy czy organizują takie wypady i ile mi więcej by to kosztowało. Długo nie musiałem czekać. Pierwszy napotkany wioślarz od razu był gotów wsiadać i wisłować gdzie tylko zechcę. Oczywiście jak masz tylko kasę to wszystko w Indiach da się zorganizować. Obgadałem szczegóły wycieczki i umówiłem się na drugi dzień na kilkugodzinny rejs do wiosek wzdłuż Gangesu. Była niedziela. Dzieciaki  wielokrotnie wspominały mi o białych tygrysach w wiosce po drugiej stronie rzeki. Miał tam być rezerwat tych zwierząt i nie tylko nich ale również i słonie, bawoły itd. Co prawda nigdy w tym rezerwacie nie były, ale wiele osób w tym ich rodzice im o nich opowiadali. Mnie ich opowieść też zaciekawiła, bo jeszcze na własne oczy białego tygrysa nie widziałem a że był prawie w moim zasięgu grzechem byłoby go nie zobaczyć. Wieczorem opowiedziałem dzieciakom o moim planie prosząc aby następnego dnia nie wyczekiwały na mnie pod hotelem. One też ze mną pojadą! Zabierz nas ze sobą, błagamy! Przyznam szczerze, że moja początkowa reakcja była stanowcza, ale patrząc się na ich twarze nie mogłem im tego odmówić. Oni zaprowadzili mnie w tyle ciekawych miejsc więc chociaż tak mogę się im zrewanżować. Ale, ale- jutro jest poniedziałek, a oni przecież idą do szkoły- pomyślałem. Nie, nie oni nie muszą iść do szkoły, zresztą chodzą tak co jakiś czas bo szkoła jest nudna i wystarczy, że raz na jakiś czas się w niej pojawią i dostaną promocję do następnej klasy- stwierdziły z uśmiechem na twarzy a ja… zamarłem.! Gdyby to moi uczniowie tylko słyszeli! Tak być nie może, ja polski pedagog nawet tutaj nie mogę w tej kwestii odpuścić! Zdecydowałem, że jeśli pójdą do szkoły następnego dnia i przyniosą mi stosowne potwierdzenie na swój udział w szkole to przeniosę wycieczkę na wtorek i ich zabiorę. Umowa stoi- stwierdzili i po wspólnej partyjce gry w kuku, którą ich sam nauczyłem w karty rozeszliśmy się do swoich domów. Wczesnym rankiem przed moim hotelem Iriny i Natana nie było. Zmieniłem datę mojego wyjazdu na wioski na wtorek, choć tak naprawdę nie wierzyłem, że pójdą do szkoły. Poszedłem w miasto na zakupy. Jakie było moje zdziwienie, gdy w godzinach popołudniowych, dzieciaki gdy mnie tylko ujrzały leciały do mnie pędem trzymając w reku białe kartki. Opieczętowane były chyba z pięcioma pieczęciami szkoły i kilku podpisów, stwierdzających , że w poniedziałek były obecne w szkole! Poczułem się dumny- na ziemi Indyjskiej taki sukces pedagogiczny osiągnąłem!!! Cholera, tylko ile teraz będzie mnie kosztować ta cała wyprawa?!- przerażony stwierdziłem, ale okazało się, że nie wiele więcej, bo łódź i wioślarz był jeden. Wiec płyniemy! Kto był pierwszy na przystani? Oczywiście dzieci! Wsiedliśmy do łodzi jak się okazało krewnego moich współtowarzyszy podróży. Było już po 10 wiec temperatura była już wyższa a i mgły nad Gangesem się ulotniły. Przepływając obok zachodnich ghatów wioślarz wykorzystywał siłę swoim mięśni, ale potem odpalił silnik motoru i ruszyliśmy szybciej pod prąd. Już po paru minutach byliśmy w pierwszej wiosce, która okazała się miejscem tranzytowym dla pielgrzymów, gdzie z rozklekotanych ciężarówek wysiadali ludzie i przesiadali się na długie łodzie, które przewoziły ich na ghaty. Przy przystani płonie stos kremacyjny, widocznie tu, po tej stronie rzeki też można uzyskać pośmiertne oczyszczenie. Obok kąpią się beztroskie dzieci pozbawione oka rodzicieli, nieopodal wieśniak zagania swoje czarne krowy na kąpiel. Idziemy wśród tłumu- większego nawet niż na ghatach piaszczystą drogą wśród tumanów unoszącego się pyłu. Po drodze mijamy liczne stragany, ale nie z pamiątkami, tylko z owocami i warzywami marnej jakości. Brudni hindusi nawołują do kupowania swoich towarów głośnymi okrzykami. Okazuje się, że nie ma wokół mnie żadnych obcokrajowców, a większość małych dzieci podlatuje do mnie woła: Give me the money white man ! „Moje” dzieciaki pomagają je odgonić i dochodzi nawet do rękoczynu pomiędzy Natanem i dwoma chłopcami. Ale dzięki Bogu kończy się to tylko przepychanką i ostrą wymianą słów i chłopcy odchodzą. Pan z budki z sokiem pomarańczowym woła mnie po napój- dzieciaki mocniej pociągnęły mnie za ręce w jego kierunku. Wypiliśmy cały dzbanek wyciskanych przez niego dosłownie brudnymi rekami pomazańczy (pewnie też zresztą nie mytych, albo o zgrozo, umytych w wodach Gangesu). Lepsze to jednak niż woda z rzeki, która hindusi piją i podają ją do picia nawet najmłodszym dzieciakom. Irina też w czasie naszej podróży napełniła butelkę wodą z Gangesu i zaczęła ja pić. Wyrwałem jej butelkę a ona strasznie się przeraziła i omal się nie rozpłakała, bo nakrzyczałem na nią, jak może pić taką wodę!? Ale oni piją i nic im po niej nie jest. Po powrocie kupiłem im sześciopak butelkowanej wody mineralnej, choć na dzień im wystarczy. Kobieta z włosami niemytymi od wielu chyba miesięcy, z powykrzywianymi rękami mierzy mnie nieprzyjemnym wzrokiem gdy z oddali robie jej zdjęcie, żąda kasy za foto. Tańczymy jakieś indyjskie tańce w przydrożnym bufeciku. Ja stałem niemal jak słup, choć niekiedy starłem się pomachać rękami i pokołysać biodrami. Wokół mnie dwie hinduski z nieziemskim oczami wirowały wokół mnie. Nigdy tych ich oczu nie zapomnę. Było też lako- coś w rodzaju serka lub budyniu, które zjedliśmy z glinianych niewypalanych naczynek wielokrotnego użytku, podobnie jak i plastikowych łyżeczek. Zjadła też małpka, która usiadła naprzeciw mnie na murku. Pogłaskać się jednak nie dała.

Wsiadłem do taksówki. Upalnie, samochód z naturalną klimatyzacją. Jedziemy pozostawiając tumany kurzu za sobą około 50 km. Wokół pola uprawne, choć poza pszenicą trudno mi rozszyfrować rodzaje upraw, chyba ziemniak, bataty, może groch? I w końcu wioska. Domy zbudowane z gliny pomalowane wiele lat temu na biało i pokryte kawałkami blachy, papy, tektura. Wewnątrz jakieś łóżko, bardziej przypominające więzienną prycz, obrazek hindi, Przed domami stare, przypalone gary wiszące na metalowych hakach i palenisko w którym podtrzymywany jest ogień przez cały dzień i noc. Wokół na ławkach tj. deskach podpartych pustakami siedzą mężczyźni i pala długie skręcane ze zwykłego kawałka gazety i tytoniu papierosy. Kobiety z dziećmi pochowały się w chatach. Natan mówi mi, że tu nikt nie przyjeżdża i chyba dawno nie było tutaj białego człowieka. Widzę gromadkę dzieci z wielkim czarnymi oczami bacznie obserwujące każdy mój ruch. Wyciągam cukierki w ręce i proszę, żeby się poczęstowały. Jeden chłopiec próbuje zbliżyć się do mnie. Porywa jeden cukierek i ucieka za dom. Wraca po chwili. Łapie mnie za rękę i zaczyna się śmiać. Chyba nie parze. Przypomniało mi się wtedy, gdy w dobie PRL na nowohuckim osiedlu jako dzieci widzieliśmy murzyna i wołaliśmy za nim „Murzynek Bambo w Afryce mieszka…” teraz to ja byłem takim murzynkiem. W końcu cały tabun dzieciaków chciał dotknąć mnie i oczywiście dostać cukierka- polskie krówki, które zachowałem do tej pory wzbudziły zainteresowanie, pierwszy raz jadły ciągnące się cukierki. Również i dorośli zaczęli się z tego śmiać i próbować. Takie małe cukierki a tak potrafią rozładować atmosferę. Ponieważ była to pora prawie obiadowa jedna z pań przyniosła mi na metalowej misce ciapaty z sosem, mocno ostrym i z zaciekawieniem i w skupieniu czekali na moja reakcję. A reakcja była iście zaskakująca. Z uśmiechem zamoczyłem placek w sosie i włożyłem nieświadomy do ust. I właściwie to pisząc o tym powinienem na dłuższą chwilę przystopować. Poczułem się jak smok wawelski zjadający owieczkę przygotowana przez szewczyka Dratewkę. Czegoś tak ostrego jeszcze nie próbowałem. Z trudem przełknąłem i prawie ze łzami w oczach uśmiechnąłem się i wszyscy wokół mnie roześmiali się a mężczyźni poklepali mnie po plecach- swój chłop się stałem! Do dziś nie wiem z czego ten sos był zrobiony.

Cały czas jednak nie mogłem doczekać się białych tygrysów. Mimo, że w wiosce miło nas przyjęto ja chciałem jak najprędzej dojechać do rezerwatu z tygrysami. No i doczekałem się…

30 kilometrów dalej wysiedliśmy przed pięknym pałacem, aczkolwiek zaniedbanym i trochę jakby opuszczonym. Wewnątrz znajdowało się muzeum z licznymi trofeami myśliwskimi maharadży, który kiedyś zamieszkiwał owy pałac. Nie mogłem jednak doczekać się tygrysów więc szepnąłem dzieciakom na ucho, gdzie te tygrysy?… i mnie zaprowadziły! Przed jedną z okazałych bram stały dwa tygrysy, nieco żółtawe- białe tygrysy… z betonu! Dzieciaki trzymając mnie za rękę z radością na twarzy pokazały mi betonowe tygrysy, a mnie zamurowało i raczej do śmiechu mi nie było! To ja tyle drogi pokonałem, żeby zobaczyć betonowe tygrysy, takie jakie u nas mogę kupić na wystawce z krasnalami??? No cóż, jedyna radość to ta jaką widziałem na twarzach tych dzieci-  niepowtarzalne i bezcenne doświadczenie!

 

ARTI- PUDŻI

Varanasi to miasto bogini Gangi- Matki Indii. Tu w tym najświętszym mieście oddaje się jej szczególna cześć i chwałę. Każdego wieczoru, gdy czerwone słońce skrywa się za horyzont, jakby wnikając w wody Gangesu, celebrowane jest niezwykle barwne nabożeństwo  arti- pudżi nabożeństwo do Matki Gangi.

Nad brzegiem Gangesu na ghatem zbierają się wyznawcy hinduizmu- nie tylko rdzenni mieszkańcy Indii ale i przybysze, którzy wtajemniczyli się i przyjęli życie zgodne z nakazami wiary Hindu. Są też tu i tacy jak ja- zwykli gapie, którzy pragną podpatrzeć. Początkowo myślałem , że będzie to jakiś festyn, pokaz; będą tańce i możliwość skosztowania jakiś smakołyków. Usiadłem w pobliżu głównej przygotowanej specjalnie sceny. 6 podestów przykrytych purpurowo- żółtymi dywanami przy nich lampiony, kadzidła, kadzielnice, kwiaty i woda w złoconych dzbanach. Zapalono również lampiony i lampy elektryczne o słabym świetle. Kiedy słońce olbrzymie i mocno czerwone zaszło już, jakby pochłonięte przez rzekę, zapadł półmrok. Wokół mnie siedzieli hindusi wystrojeni w girlandy kwiatów. I do mnie też podeszła młoda dziewczyna oferując mi girland aksamitek, które oczywiście kupiłem; do tego mały lampionik ze świeczką. W pewnym momencie gwar setek ludzi przycichł a jeden z uczestników uderzył w gong- nabożeństwo czas zacząć. Wszyscy wstali i skierowali swoje oczy ku wodom Gangesu. Siedzący obok mnie starszy Hindus przyodziany w zszarzałe ubranie i w coś w rodzaju turbanu na głowie poklepał mnie po ramieniu i palcem pokazał ze łzami w oczach- Ganges- mówiąc- To jest Nasza Matka! Byłem pełen uznania nie tylko dla niego ale dla tych setek wiernych, którzy tu przybyli, to tak jak u nas w Polsce strudzeni pielgrzymi przybywają przed obraz Czarnej Madonny w Częstochowie- i w ich oczach widać łzy. Zrobiło mi się bardzo przyjemnie, że mogę być w tym szczególnym miejscu z tymi ludźmi, biednymi materialnie ale bogatymi duchowo. Choć zupełnie nie byłem przygotowany na uczestniczenie w tego typu nabożeństwie stałem się jednym z jego uczestników oddając cześć bóstwu, którego nie znałem i rzece, która w moich oczach po kilku już spędzonych dniach w Varanasi nie uchodziła za rzekę dającą życie a raczej za ściek, w którym nie tylko znajdowały się fekalia ale i same fragmenty nieskremowanych do końca ludzkich szczątków. Rozpoczęła się przeszywająca pieśń do Matki Gangi. Śpiewali wszyscy a i z czasem ja kilka razy powtórzyłem słowa aklamacji wyśpiewanej przez prowadzącego nabożeństwo:   Om Jai Shiv omkary, Om Jai Lakshmi Mata Om Jai Ambe Gauri, Om Jai Adya Shakti, Om Jai Saraswati Mata, Om Jai Gange Mata, Om Jai Tulsi Mata i Om Jai Surya Bhagvaan!

 

 

5 thoughts on “Varanasi- Indie

  1. Are you appearing for Gorgeous Older Females that have exeierpnced a little bit of existence? You are the #1 mature site online therefore are aimed at providing the finest older women from around the globe. Sexy and Sultry girls who happen to be completely aged to excellence and nude now.

  2. You know, the thing is, that guy sounds like he’s probably a nice guy whose just getting worked up with his own rhetoric. You know what I mean? Problem is, it seems most of the Arab world gets jacked up on rhetoric, and then before we know it, they believe what they’re saying, and then all hell breaks loeio.Ssgh.

  3. Hello there! I could have sworn I’ve been to this
    website before but after reading through some
    of the post I realized it’s new to me. Anyhow, I’m definitely happy I found it and I’ll
    be bookmarking and checking back often!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *