MAROKO

TRASA: Kraków- Madryt- Marrakesz- Casablanka- Rabat- Fez- Marrakesz- Madryt- Kraków

Liczba dni- 6 dni w Maroku, 2 dni w Madrycie.

Budżet (Ryanair: 450 zł- bilet: Kraków- Madryt; 20 Euro bilet Madryt- Marrakesz) reszta tj: hotele, wyżywienie, lokalny transport, bilety wstępu, pamiątki – w sumie wydałem około 800 zł.

Bilet za 19.99 E w obie strony z Madrytu do Marrakeszu był dla mnie pokusą kolejnej wycieczki. Z Krakowa do Madrytu też cena Ryanair-em była atrakcyjna co spowodowało, że moją wycieczkę wzbogaciłem o wizytę pierwszy raz w Madrycie a także Toledo.

Po 3 godzinnym locie wysiadłem na marrakeskim lotnisku. Co ciekawego wylatywałam w bardzo wczesnych godzinach porannych i łatwo było z góry zauważyć po ilości świateł kiedy przekroczyliśmy granicę miedzy Europą a Afryka- w Hiszpanii morze świateł, w Maroku gdzieniegdzie. Temperatura na lotnisku wskazywała 26 st C, co do naszych polskich  grudniowych -5C wpłynęło na moje dobre samopoczucie dodając mi witalności i ciała i ducha. No i się zaczęło! Ledwo wyszedłem z terminala chmara taksówkarzy rzuciła się na bezbronnego europejczyka, nie wiedząc, że to tylko biedny Polak.  Udało mi się przebrnąć ten etap i udałem się w kierunku głównej ulicy do której nie doszedłem, bo jeden z taksówkarzy oczywiście podążając za mną zaoferował mi cenę 70% niższą od jego kolegów. I tak oto po 30 minutach wysiadłem w centrum Marrakeszu, gdzie tydzień wcześniej zabookowałem sobie pokój jednoosobowy w przytulnych arabskim hoteliku. Po lunchu na dachu mojego hotelu, gdzie znajdowała się mała restauracyjka wybrałem się na pierwszy spacer po mieście. Marrakesz we wszystkich przewodnikach, które czytałem przedstawiany jest jako Brama Orientu czy Czerwone Miasto. I jedno i drugie się zgadza! Większość budynków w Marrakeszu pomalowana jest na kolor czerwony i jego pochodne.

Na głównym placu Marrakeszu- Dżemaa el-Fna było prawie wszystko. Nie bardzo podobały mi się jednak zaganianie kobr – to mi tu zupełnie nie pasowało. Te występy widziałem już w Indiach i tam było to oryginalne. Ale czego się nie robi dla kasy. Gdy tylko mnie ujrzeli od razu rzucili się w moja stronę z koszyczkiem na pieniądze.

Jacy byli źli, że wrzuciłem im 5 dinarów. Wymachiwali rękami, że mało, a ja nawet nie cyknąłem im żadnego zdjęcia. Ale to jeszcze było do przeżycia. Koszmar zaczął się gdy wszedłem w dzielnicę targową- suk.

Maitre, Maitre… – nie wiem czy znowu mój wygląd wskazywał handlarzom, że jestem Francuzem, czy fakt, że Maroko było kolonią francuską i znajomość tego języka jest w tym kraju powszechna w każdym razie 450 razy przy okrzykach Maitre pociągano mnie za rękę – miałem tego dosyć! Widziałem piękne rzeczy, którymi chciałem nacieszyć moje oczy, ale to było ponad moje siły. Właśnie dlatego, choć to ponoć magiczne miejsca, nie lubię krajów arabskich. Musiałem uciekać ale w tym labiryncie uliczek nie było łatwo. Co prawda moją drogę przebiegły koty, w tym również czarny, pech zatem jest gwarantowany. Jednak nie kot lecz pies przyniósł mi pecha.

Przed moim hotelem leżał niewielki, głodny pies, a że akurat kończyłem jeść kebaba postanowiłem podarować mu resztki i nawet go pogłaskałem. To doprowadziło restauratorów do furii. Zaczęli krzyczeć, łapać się za głowę i dostałem na misie wodę i ręcznik. Kazali mi umyć ręce – ponoć trzeba aż siedem razy – bo pies to brudne stworzenie, a muzułmanin który pogłaszcze psa 7 razy musi umyć ręce zanim wejdzie do meczetu. Nie pomogły zapewnienia, że nie jestem muzułmaninem, a w Polsce to właśnie psy mają większe przywileje niż koty. Uszanowałem ich tradycje i umyłem ręce.

Wieczorem udałem się do hammamu – łaźni. Właściwie nigdy wcześniej w takim przybytku nie byłem więc nawet nie wiedziałem co mnie tam czeka. Zanim wybrałem się tam popytałem w kilku tego typu przybytkach ile to kosztuje i co mam zabrać. Oświecony informacjami ustawiłem się  z własnym ręcznikiem i klapkami w jednym z najtańszych hammamów marokańskich. Na początku uderzył mnie smród z butów i przepoconej męskiej odzieży. Rzeczy zostawia się na wybranej przez siebie półce. W kąpielówkach, bo wcześniej się w nie zabezpieczyłem, wśród różnowiekowych arabów w obskurnych majtasach podążyłem do „głównej sali”. Dostałem wiaderko z czymś co przypominało gąbkę i kulę gliny. Z kamiennego koryta nabierałem gorącą wodę, którą wylewałem na siebie i szorowałem swoje ciało tą gąbką i wcierałem glinę, które ponoć ma za zadanie  usuwać  brud i toksyny. Wszystko to robiłem jak tubylcy, którym się przyglądałem. W końcu zaproszono mnie do niewielkiego pomieszczenia, gdzie stary dziad kazał mi się położyć na drewnianym podeście, na którym rozłożyłem własny ręcznik. No i się zaczęło. Mężczyzna masował, a właściwie fizycznie wyżywał się na moim ciele, szczególnie kręgosłup były dla niego głównym punktem masażu. Wstałem i wyszedłem stamtąd jak połamany – nie dziwię się, że większość mówi o tym doświadczeniu jakby stali się nowonarodzonymi. Ja też dziękowałem Bogu za danie mi „drugiego życia”, bo mogłem wyjść z tego hammamu z dotkliwymi obrażeniami kręgosłupa. Podczas mojej kolejnej wizyty w Maroku nie zdecydowałem się już na hammam.

 

Drugi dzień to zwiedzanie Marrakeszu. Meczet Kutubijja to najwyższy minaret miasta, jednak niedostępny dla innowierców. Pozostał mi tylko widok z dołu. Obok znajduje się park – trzeba jednak uważać na kieszonkowców i dziwnie podejrzanych osobników śledzących każdy twój krok.  Tuż za murami miasta w stronę lotniska znajduje się niewielki plac, gdzie można wynająć wielbłąda na przejażdżkę wśród okolicznych gajów. Ja z tej oferty nie skorzystałem. Pałac sułtana – zamknięty bo gospodarz w domu, więc strzeżony jest jak twierdza. Nawet zdjęcia nie pozwolili zrobić choć z daleka i tak mi się udało. Otwarte za to były (płatne 10 diarów) Grobowce Saadytów z ogrodami.

 

Wieczorem plac Dżemaa el-Fna staje się miejscem magicznym. Mi przypomniało to bożonarodzeniowe targi w Krakowie lub Berlinie. Występy tańców beduińskich, rozstawione namioty z jedzeniem, bębniarze, itd. A po drugiej stronie na dużym ekranie wyświetlany film „Gladiator”. Pośród pierwszej części placu mknie kilku turystów, w tym ja, zaczepianych o każdy dinar. Przed wielkim ekranem tysiące młodych marrakejczyków – jakby nigdy nie widzieli filmu na dużym ekranie.

 

Casablanca i Rabat

Nadęte miasto Casablanca. Białe, że od promieni słonecznych oczy bolą. Nie ma nic szczególnego do zaoferowania turyście. Nie ma szafek i przechowalni bagażu na żadnym dworcu autobusowym i kolejowym. Z moją walizką na kółkach udałem się taksówką do Wielkiego Meczetu Hassana II i znów rozczarowanie. Ten usytuowany nad brzegiem oceanu meczet jest trzecim co do wielkości meczetem świata i ponoć najpiękniejszym, choć ja widziałem wiele znacznie piękniejszych. Do środka oczywiście mnie nie wpuszczono. O godzinie 11 i 14 są grupowe wejścia z przewodnikiem dla innowierców za 60 dinarów. Wydałem tę kwotę choć nie rozumiałem przewodnika oprowadzającego tylko w j. francuskim. Nie tylko zresztą ja, bo wśród turystów zwiedzających ze mną ów meczet było czterech, którzy też nic nie rozumieli. Wielka hala z wysłanym dywanem i wielkim żyrandolem na środku – naprawdę cudo!!! Żałowałem później tych 60 dinarów wydanych, ale cóż. Z okien taksówki zobaczyłam restaurację w której rozgrywała się akcja filmu „Casablanca”. Pociągiem regionalnym późnym popołudniem dotarłem do Rabatu – stolicy Maroka (tu znów nie zgodzę się z licznymi przewodnikami, które opisują Rabat jako nudne, pozbawione klimatu miasto) – mnie jednak pozytywnie zaskoczyło! W uliczkach Medyny nie ma takiego skwaru i pędu jak w Marrakeszu. Przepiękne mauzoleum Muhammada V z 1971 roku w kompleksie zabytków z Wieżą Hassana i ruinami Meczetu Hassana z XII w. Pięknym miejscem jest również Kasba al-Udaja w pobliżu której nad brzegiem oceanu podziwiałem cudny zachód słońca. Rabat – to mój numer 1 podczas mojej sześciodniowej podróży po Maroku.

Kolejny dzień też zapamiętałem na długo. Wyruszyłem z Rabatu do Fezu. Na dworcu głównym konduktor skierował mnie na peron, na którym wyświetlono odjazd pociągu do Fez. Niestety zapowiedzi tylko w j. arabskim i francuskim były dla mnie niezrozumiałe, a że również nie zmieniono tablic informacyjnych o przyjeździe innego pociągu to po dwóch godzinach od rozpoczęcia podróży okazało się że ów środek lokomocji wiózł mnie nieświadomego na północ do Tangeru. Żebyście widzieli minę konduktora i jego pomocnika. Nie wiedzieli co ze mną zrobić. Kazali mi wysiąść na najbliższej stacji i przesiąść się do właściwego pociągu. No to wysiadłem. Stacja okazała się wsią zabitą dechami i pierwsze moje myśli – czy w ogóle stąd coś odjedzie choćby z powrotem do Rabatu. Po drugiej stronie peronu stał jednak jakiś pociąg – pytam ludzi i okazuje się, że do Fezu. Ale mam szczęście! Co prawda zamiast na 12 dotarłem  do Fezu na 14 – to nic, zobaczyłem więcej Maroka! Niestety gdy dotarłem na miejsce okazało się, że podobnie jak w Casablance nie ma przechowalni bagażu! Miałem już wykupiony bilet powrotny no nocny autobus CMB z Fezu do Marrakeszu więc postanowiłem przejść z walizką na dworzec autobusowy oddalony jakieś 3 km od dworca kolejowego. Pytając przechodnia po angielsku o drogę, bo wszystkie ulice, ich nazwy, wypisane były arabskimi ślaczkami, okazało się, że gość mówi trochę po polsku, bo jego siostra wyszła za mąż za Polaka i mieszkają w Warszawie – on też dwa razy był w Polsce. Po dotarciu na dworzec okazało się, że też nie ma przechowalni bagażu. Prośby, żeby przechowali mój bagaż choć w magazynie nie poskutkowały! Z pomocą przyszedł mi kioskarz, który za 20 dinarów schował moją walizkę za paczkami wody mineralnej, z prośbą żebym odebrał bagaż o 19, bo potem przychodzi jego szef i będzie w niezłych tarapatach. Dostał ode mnie 30 dinarów! Dotarłem w końcu na piechotę do medyny Fezu!

A tu 9400 ulic i uliczek, jak w labiryncie. W internecie pisali, że bardzo łatwo się tu zgubić i niełatwo odnaleźć drogę. No to się zgubiłem. Największą atrakcją Fezu są garbarnie, do których ponoć niełatwo trafić. Idąc tak, uliczką za uliczką, w końcu dotarłem do ślepego zaułku – no i masz chłopie – mówiłem pod nosem.

– Chce Pan zobaczyć garbarnie? – pyta mnie młody, może dwudziestoletni chłopak.

– Tak.

– No to niech pan idzie ze mną.

– O ja! – pomyślałem – trudno tu trafić, a ja zgubiłem się żeby trafić do garbarni

Krętymi schodami chłopak wyprowadził mnie na taras skąd rozprzestrzeniał się piękny widok na całe fezkie garbarnie. Jest to miejsce, które od niemal czasów średniowiecza się nie zmieniło. Z dachu garbarni widać kamienne kadzie w których farbuje się skóry. Od przewodnika dostałem pęk liści mięty by nie czuć smrodu naturalnych barwników stosowanych do farbowania skór.

Odwiedziłem suki, z których najbardziej przypadł mi do gustu suk garncarski nad główną rzeką Fezu oraz meczet Al-Karawijjin, który uważany jest za najstarszy uniwersytet koraniczny w świecie arabskim.

Wieczorem autobus CMB wyruszyłem w dziewięciogodzinną podróż do Marrakeszu, skąd odleciałem do Madrytu i dalej do Krakowa.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *