ETIOPIA- DOLINA OMO

Mnie jednak najbardziej ciągnęło na południe ku osławionej Dolinie Omo do której jeszcze niewielu turystów dociera. To podróż w nieznany, niebezpieczny pełen plemiennych rytuałów, niezwykłych ludzi obszar naszej planety. Indywidualni turyści tu rzadko zaglądają. Ci którzy tu przyjeżdżają korzystają z profesjonalnych biur podróży z siedzibami poza Etiopią. Szukałem przez Internet agencji turystycznej w Etiopii, która by zabrała mnie w taką podróż. Znalazłem jedną ale ze względu na wysokie ceny takiej wyprawy nie skorzystałem z ich usług. Przez internetową wyszukiwarkę kupiłem bilet z Addis Abeby do Arba Myncz najstarszymi linami Afryki- Ethiopia Airlines. Doleciałem… i co dalej? Taksówkarza poprosiłem żeby zawiózł mnie do w miarę taniego ale przyzwoitego hotelu. Z reguły w takich miejscach są oferty tańszych tripów po okolicy. Taksówkarz chyba źle mnie zrozumiał i zawiózł mnie bodaj do najbardziej luksusowego miejsca w całym mieście-  Paradise Lodge Resort! Wysadził mnie, mój bagaż przed brama i odjechał. Matko- żeby tylko mnie było na niego stać bo przed oczami miałem już nocleg w śpiworze w buszu. O dziwo za domek z łazienką i śniadaniem zapłaciłem jedynie 20 dolców. Niestety na recepcji nie było żadnych informacji o lokalnych organizatorach wypraw w dolinę Omo. Wieczorem jednak spotkałem w restauracji przy kolacji parę staruszków ze Stanów, którzy co tylko powrócili z wycieczki, która była moim marzeniem. Podali mi namiary na kierowcę jeepa, który organizuje takie wyprawy. Jeszcze tego samego wieczoru zadzwoniłem do niego i łamanym angielskim próbowałem się dogadać. Nie szło to najlepiej bo „mój wybawca” też angielskiego znał tyle co kot napłakał. Pół godziny później stał przed moim domkiem i face to face da się wszystko załatwić. Okazało się, że startować możemy nawet zaraz, tyko żebym mu dał czas na załatwienie „obowiązków małżeńskich” bo nie widział się z żoną 5 dni. Ustaliłem z nim trasę, koszty i umówiłem się na 8 rano następnego dnia.

Pierwszy dzień moich wojażów nie był nazbyt ciekawy. Popłynąłem łodziami po jeziorze Czamo w poszukiwaniu krokodyli i hipopotamów. Tych pierwszych było pod dostatkiem nieruchomo wylegujących się na piaszczystych plażach a hipcie tylko było słychać z kilkumetrowych zarośli. Wszędzie za to były też pelikany i kolejne wycieczki w tym grupa Izraelitów wśród których był starszy pan który po polsku pozwiedzał mi, że jego rodzice mieszkali w Krakowie przy ul Józefa i zginęli w Aushwitz a jemu się udało ocaleć.  Nigdy nie wiem co mam w takich chwilach ludziom powiedzieć bo nawet słowa współczucia nie zagoją tej rany, piekła na ziemi które człowiek człowiekowi zgotował…

Wieczorem, gdy gorące promienie słoneczne chowały się za zielonymi wzgórzami Amar my byliśmy już daleko od Arba Myncz. Mijając kolejne biedne wioski południa Etiopii kierowaliśmy się pozostawiając za jeppem tumany kurzu ku plemieniu Konso i dalej do Key Afer na nocleg. Kiedy dojechaliśmy do hotelu okazało się, że restauracja już jest nieczynna i nie mam co zjeść a głodny byłem bardzo. Na domiar tego mój kierowca oświadczył, że tylko ja będę mieszkał w hotelu a on u swoich przyjaciół bo w hotelu jest dla niego za drogo. Mimo mojej propozycji, że przecież drugie łóżko jest wolne i może spać w moim pokoju odmówił. Ciemną nocą w nieznanej mi wiosce pełną „dzikich” wybrałem się w poszukiwaniu jadła. Wszyscy mieszkańcy dziwnie się na mnie patrzyli, pewnie takiego chłopka w kapelusiku jeszcze nie widzieli. Po pół godzinie znalazłem w końcu małą knajpkę a w niej mojego kierowcę, który zażerał się jnherą jak się okazało jedyną potrawą podawaną w tym lokalu. No cóż głód zwyciężył i po małym browarku przełknąłem i ja ta jnherę. Potem był drugi browarek, trzeci, czwarty, piąty i pytanie na końcu Janego czy trafie na pewno sam do hotelu. Ciemną ulicą dotarłem do bram hotelu a on zamknięty więc jedyna droga do pokoju prowadziła prze balkon, którego drzwi wystarczyło mocniej pchnąć i się otwierały.

Rano po śniadaniu ruszyliśmy na miejscowy targ, pełen kolorytu tubylców. Turystów było niewielu a miejscowych tłumy. Raz w tygodniu schodzą się oni z pobliskich wiosek nie tylko na handel ale również by spotkać się z dawno nie widzianymi znajomymi. Kobiety z plemienia Bena o charakterystycznie plecionych i pokrytych glinką włosach sprzedają w tykwach miód pszczeli, czat, proso czy samą glinkę do „trwałej”. Panowie handlują własnoręcznie wykonanymi taborecikami, rzeźbami dla turystów. Jest też lokalny bar pod chmurką, gdzie prosto z plastikowego wiadra serwowane jest lokalne piwo- tella warzone z prosa lub kukurydzy. Za 1 birra dostałem nalewkę tego specyfiku z drewnianej chochli do tykwy jako miejscowego kufla i popijałem ów trunek siedząc pośród kolorowo ubranych ludów Konso. Na targu można również być świadkiem iście miejscowej rewii mody. Szczególnie widać to po młodych mężczyznach: z naciętych w kilku miejscach otworach w uszach wiszą kolorowe sznury koralików, na szyj girlandy jaskrawo niebieskich, żółtych, czerwonych i niebieskich koralików do tego zwój jaskrawego materiału opasanego wokół pasa z przyczepioną tykwą i taborecikiem służącym do siedzenia lub jako podnóżek pod głowę. Większość mężczyzn ma ogolone głowy od czoła do ciemienia co daje im dumny charakter. Jedynie co nie pasuje w ich wystroju to czarne koszulki na ramiączkach- na moje pytanie po co oni je noszą przy tak wysokich temperaturach usłyszałam od jednego z pogardą w głosie- przecież jest zima więc mu zimno! Na targu kupiłem jedynie… garść sorgo (dziś służy mi jako pomoc dydaktyczna podczas moich spotkań z uczniami). Wyroby rękodzielnicze, choć pewnie oryginalne były zbyt drogie na moja kieszeń by je zakupić.

Około 5 km za Key Afer na drodze zatrzymali nas chłopcy z plemienia Banna, którzy pomalowani białą glinką pozują na szczudłach do zdjęć. Oczywiście musiałem taką fotkę z nimi mieć. Kilka lat temu byli tu moi przyjaciele i też zrobili sobie taką fotkę tyle, że chłopcy prezentowali się jak ich bóg stworzył. Dziś w te strony cywilizacja również dotarła a jej pierwszym objawem są właśnie majtki, bo współczesny człowiek w pierwszej kolejności zakryje materiałem te części ciała, które uważa za intymne. Tak więc za 6 birrów miałem 6 fotek z 6 chłopakami w majtkach z plemienia Banna. Dalej mijaliśmy kolejne wioski, gdzie przez szybę samochodu kupowałem miejscowe owoce od wiejskich dzieci. W końcu dojechaliśmy do Dżinki- niepisanej stolicy Doliny Omo gdzie po lunchu oczywiście z jnherą i wymianie Euro na birry ruszyliśmy do najdzikszych plemion Afryki. Po drodze mój kierowca postanowił w rzece umyć nasz wehikuł więc nieco zboczyliśmy z głównej drogi. W rzece po jednej stronie mostu pranie urządzały kobiety zaś po drugiej nadzy mężczyźni zażywali kąpieli. My oczywiście wparowaliśmy na stronę kobiet, które mokrymi szmatami wytłukły nasz samochód- Jerry stwierdził, że właśnie w taki sposób myje samochód- on się nie narobi a kobiety przetarły swoimi ciuchami naszego jeepa a i dzięki temu przez tydzień będą miały co sobie opowiadać jaką to wojnę przetoczyły i przegoniły mechaniczny wóz! Zanim wjechaliśmy na teren Parku Narodowego Mago musiałem wynająć jeszcze strażnika uzbrojonego w kałasznikowa. Plemiona Mursi do których zmierzaliśmy to najbardziej niebezpieczne plemię Etiopii. Jeszcze 30 lat temu ludzie ci nie wiedzieli nawet, że żyją w takim państwie jak Etiopia; nie wiedzieli białych ludzi a do dziś cywilizacja jest im znana tylko dzięki niewielkiej przybywającej tu w małych 2-3 osobowych grupkach turystów. Strażnika zwinąłem z drogi, po prostu stał i jakby na nas czekał. Koszt jego usługi 130 birrów, ale bez jego asysty mój kierowca bał się zapuszczać w te obszary. Mijaliśmy co jakiś czas dziwnych, złowieszczo przyglądających się nam ludzi. Niektórzy wymachiwali długimi kijami inni rzucali w nas małymi kamieniami. Boże- gdzie ja jestem! W końcu dojechaliśmy do wioski. Strażnik nakazał mi pozostanie w samochodzie. Sam udał się do wodza wioski z prośbą o wpuszczenie mnie do niej. Chwile potem kilkadziesiąt pomalowanych białą glinka, półnagich, dziwnie poubieranych kobiet, dzieci i mężczyzn leciał pędem w stronę mojego jeepa ze mną w środku. Pomyślałem, że to mój koniec! Wystarczył strzał z kałasznikowa strażnika a „dzicz” pouciekała z powrotem do chatek. Wystraszony zastanawiałem się czy rzeczywiście sobie nie darować wizyty w tym miejscu, ale strażnik zapewniał mnie, że jeszcze nikogo z turystów tu nie zabili a jeśli będzie ktoś mnie atakował i zagrażał to mam krzyczeć a on go odstrzeli. Matko- pomyślałem to ja jeszcze mam ich żywot w garści! Zdecydowałem się opuścić jeepa i z wolna przy boku strażnika przekroczyłem płot wioski. Od razu przybiegła do mnie kobieta z synem- ona z rogami na głowie i wielkim kałachem a malec z włosami zrobionymi z krowiego ogona. Dołączają do nich kolejni dzicy wychodząc z chatek zbudowanych z patyków, słomy, trawy i krowiego łajna. Dotykają mnie, wbijają swoje kościste palce w mój brzuch, łopatki, w twarz. Zaczynają warczeć, pokazują mi swoje żółte zęby. Przez chwile stoję nieruchomo. Po chwili młody mężczyzna ściąga mi kapelusz i zakłada na swoja głowę i zaczyna się uśmiechać- uznałem to za dobry znak. Mój kapelusz bardzo szybko zaczął zmieniać właściciela. Dobrze, że wcześniej zdjąłem i schowałem w samochodzie zegarek i łańcuszek, bo i to na pewno by ze mnie zdarli. Również wcześniej przygotowałem się z workiem 1 birrowych monet, które stanowią tu kartę przetargową na możliwość robienia fotek. Mursi nie umieją liczyć i pewnie pieniądze nie mają dla nich specjalnej wartości jednak, ktoś ze współczesnego świata nauczył ich, że mogą zarabiać na turystach. Za fotkę życzą sobie aż 5 birrów. Widzą jak wygląda 1 birr i głównie kobiety muszą dostać 5 monet, które po jednej przystawiają do swoich palców- jeśli ilość monet zgadza się z ilością palców to dostajesz pozwolenie na sesję fotograficzną. Mnie najbardziej zafascynowały w tym plemieniu kobiety. To właśnie one do dziś kultywują noszenie w wargach glinianego krążka. Każdej małej dziewczynce przed okresem dojrzewania- częściej w wieku 6 lat (niektóre dane mówią jednak o wieku nastoletnim) nacina się rytualnie otwór w dolnej wardze wsadzając w niego mały gliniany krążek, który co roku zmienia się na coraz większy i większy. Rekordzistki trzymają w wardze nawet krążek o średnicy 25 cm! Zdarzają się przypadki, że kobieta może rozciągniętą wargę założyć na głowę! Po co? Otóż krążek jest kartą przetargową na rynku matrymonialnym- czym większy krążek kobieta posiada tym więcej sztuk bydła może zażyczyć sobie od przyszłego męża. Rekordzistki ponoć żądają nawet 50 sztuk krów. Inna teoria mówi, że kobiety Mursi same okaleczały się aby w ten sposób obniżyć swoją wartość do zera na targu niewolników. Dziś zapewne także krążki stanowią kartę przetargową w uzyskaniu jak najwyższej ceny za fotografię. Z minuty na minutę dzicy coraz bardziej oswajali się. Nie miałem problemu z robieniem zdjęć. Kobiety pokazywały mi różne, wykonane przez nich gliniane krążki pomalowane w rozmaite wzory białą glinką. Chciałem takie krążki zabrać ze sobą ale nie wiedziałem jak ich o nie poprosić. I tu z pomocą przyszły zakupione przeze mnie w Addis Abebie kolorowe bransoletki- w zamian za 3 dostałem 3 krążki, które dziś zdobią jedną z ścian mojego domu. Mężczyźni Mursi też nie mają łatwego życia. Aby udowodnić swoją męskość i móc się „ożenić” muszą wygrać walkę donga. Walka ta polega na okładaniu nagiego pomalowanego białą glinką przeciwnika długim na 2 metry kijem. Do niedawna dochodziło do zgonów jednego z uczestników ale obecnie przerywa się walkę w razie zagrożenia życia. Zwycięzca może wybrać sobie żonę i szybko spłodzić potomka.                                                                                 Mursi żywią się tym co daje natura. Zbierają rośliny, mielą mąkę z sorga i prosa na kamiennych żarnach, zjadają wołowinę i upolowane ptactwo, piją mleko a ich najlepszym przysmakiem jest krowia krew wymieszana z mlekiem. I właśnie takim napojem Mursi mnie poczęstowali. Myślicie, że wypiłem? Chyba to jedyny do tej pory napój, którego nie dałem rady spróbować!

Po niemal 2 godzinach spędzonych w wiosce stałem się jakby zupełnie duchem w wiosce. Nikt nie był już mną zainteresowany więc nadeszła pora na mój powrót do cywilizowanego świata. Nikt mi nie machał na pożegnanie, nikt nie uścisnął mej dłoni- wstałem i poszedłem. W drodze powrotnej obserwowałem jeszcze antylopy kob, kudu małe i zebry a z postoju gdzie zatrzymaliśmy się na siku zebrałem jeszcze martwą muchę tze tze. Niebywałą gratką była tez malutka- najmniejsza z antylop- dikdik!

Nasza dalsza podróż wiodła poprzez malownicze wzgórza w kierunku kolejnej osady- Turmi. Droga nie była już asfaltowa a tumany kurzu zakrywały cały krajobraz za nami. Mijaliśmy ludzi niosących chrust, dzieci machające rękami i biegnące za nami, bydło gonione na pastwisko i do wodopoju przez smukłych mężczyzn z plemienia Hammerów. W Turmi zakwaterowałem się bodaj w najbardziej luksusowym ośrodku w tym rejonie- choć był to zwykły niczym nie wyróżniający się lodge- Evangati Lodge obok którego wiło się suche koryto rzeki Little Kaske. Po obiedzie udało mi się w wiosce znaleźć młodego przewodnika- Hibo, który za niewielkie pieniądze zabrał mnie starym zardzewiałem ale na chodzie skuterkiem do prawdziwiej wioski Hammerów. Jechaliśmy zwykłą wydeptana ścieżką wśród kolczastych krzewów przez jakieś pół godziny. Wioska była zupełnie na odludziu otoczona płotem z patyków. Początkowo nikogo we wiosce nie było. Weszliśmy bez żadnej zapowiedzi jak jacyś intruzi ale wystarczyło podejść pod małą zagrodę koźlątek i ich beczenie dało sygnał mieszkańcom, że ktoś nieproszony się u nich pojawił. Panowie byli bardziej zdystansowani- stali i obserwowali mnie z boku, kobiety zaś szybko podlatywały do mnie i pogłaskiwały- szczególnie mój… t-shirt z bawełny ich interesował. Uznałem to za dobra ofertę wymienną, bo nie ukrywam, że ich piękne stroje bardzo mi się podobały i zapragnąłem mieć coś takiego dla siebie. Ale na razie nic nie proponowałem, bo jak to z kobietami- jednej coś zaproponuje, dam swój t-shirt to następna przyleci, że chce moje szorty, torebkę, skarpety, buty, majtki i zostanę goły i wesoły… choć możliwe, że przyozdobiony w ich skóry wyszywane koralikami jako zamienniki. Te atrakcje postanowiłem zostawić sobie na koniec wizyty. Wioska była niewielka- 15 chat zbudowanych z patyków, suchej trawy, gliny i krowiego łajna. Osadę zamieszkiwała jedna rodzina. Kobiety zajmowały się gotowaniem i wyszywaniem skór zwierzęcych głownie z krów ozdobnymi koralikami i muszelkami które znalazły w okolicy- wszystko jak najbardziej naturalne. Nie widziałem tu ani jednej rzeczy z „naszego” świata. Naczynia wykonane z tykw, sztućce z drewna, miski z kory drzew. Czysta natura! Do tego trzeba dorzucić uporządkowanie zagrody, pozamiatane ścieżki, naczynia pomyte schnące na płocie jak u mojej babci na wsi w Polsce w latach 70. Tuż za płotem był niewielki staw w którym kąpali się mężczyźni. Z brzegu krowy popijały wodę. Tu też znalazłem niewielką starą tykwę- zapytałem czy mogę sobie ja wziąć na pamiątkę- panowie machnęli mi twierdząco ręką. Również na obrzeżu wioski stał budynek szkoły- murowany a obok plac zabaw z zardzewiałą karuzelą i kilkoma równie starymi dziecięcymi urządzeniami do zabawy. W szkole może i ktoś się kiedyś uczył ale teraz jaki tu nauczyciel przyjedzie, żeby ich uczyć? Szkoła stoi pusta. Najbliższa placówka edukacyjna- oczywiście dla chętnych- bo na tych terenach edukacja nie jest obowiązkowa- jest w Turmi. Mało kto z miejscowych tam zagląda. Dzieci dostały też ode mnie krówki a z kobietami udało mi się dokonać handlu wymiennego. Za skórę z koralikami oddałem swój t-shirt a za skarpety i krzyżyk na „gumowym łańcuszku” dostałem taborecik. Opłacało się jechać!                                                                                                                  Po powrocie do Turmi wybrałem się z moim przewodnikiem na piwo. Poznał mnie z jego siostra, która była pięknie, europejsko ubraną kobietą i która cieszyła się- jak widziałem- ogromnym szacunkiem wśród miejscowych- z zamiłowania była…prostytutką! I w tym miejscu pewnie niektórym nasuwa się pytanie: skorzystał z jej doświadczenia? I znów Was rozczaruje- NIE! Większość osób w Etiopii jest zarażona wirusem HIV- większość nawet o tym nie ma pojęcia bo żadnych testów na jego obecność tu nie wykonują. Trzeba się więc mieć na baczności! A rozwiązłość seksualna jest tu duża- mój przewodnik mówił mi, że jeśli tylko miałbym ochotę na seks to tu każda panienka jest chętna na odkrywanie nowego białego lądu) Zauważyłem także, że wiele Hamerskich kobiet ma dużą ilość blizn na plecach- mężowie ich tak biją? Otóż- nie- same urządzają sobie rytualne chłosty- im więcej i głębszych blizn posiadają tym większa ich wartość przy zamążpójściu. Kobieta z bliznami postrzegana jest za wytrzymałą kobietę a to przekłada się na jej płodność (słaba nie urodzi wiele dzieci). Mężczyźni, by móc się ożenić muszą z kolej przeskoczyć bez trzymanki przez kilka krów ustawionych w szeregu- jeśli spadną swoją kolejną próbę będą mieli dopiero za rok- więc przez ten rok będą musieli pozostać kawalerami i o małżeńskich przyjemnościach muszą zapomnieć) Już 9 letni chłopcy próbują swoich sił w przeskokach krów- jeśli przeskoczą mają otwartą drogę do ożenku- ale dopiero za kilka lat!

IMG_4726 IMG_20160122_083443 IMG_20160122_083521 IMG_20160122_084417 IMG_4722 IMG_20160122_083202 IMG_20160122_084539 IMG_20160122_085454 IMG_20160122_085428 IMG_20160122_084249 IMG_20160122_084035 IMG_20160122_171037 IMG_20160122_171332 IMG_20160122_173005 IMG_20160122_172720 IMG_5090 IMG_20160122_170733 IMG_20160122_172525 IMG_4991 IMG_20160123_135131 IMG_20160123_135056

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *