SOLAR DE UYUNI- ALTIPLANO- PUSTYNIA ATACAMA

Droga do stolicy Solaru – jak się je określa była bardzo długa i nużąca. Ponad 15 godzin jazdy jak na warunki Boliwii komfortowym, z uchylnymi siedzeniami, autokarem, z 2 posiłkami i wodą + oczywiście toaleta z tyłu autokaru. Dobrze, że obok mnie siedziała Chinka – młoda obywatelka Filipin, która podróżowała od 3 miesięcy przemierzając kraje ameryki północnej i południowej, z którą przegadałem kilka godzin. Podróż wydłużała się z powodu obfitych opadów, które spowodowały osuniecie się ziemi na drogę, która niestety pozostawiała dużo do życzenia – ot gliniana klepanka. Większy deszcz powoduje rozrywanie ziemi i autokar zachowuje się jak na zamarzniętej jezdni – ślizga się w każdym kierunku. Osuniętą ziemię trzeba było przekopywać na boki, aby autokar mógł przejechać. Niestety kilka autobusów i samochodów nie sprostało wyzwaniu i zakończyło podróż w pobliskim rowie. My z opóźnieniem ale w całości dotarliśmy do Uyunii. Przed autokarem z kartką z moim imieniem czekała na mnie Antonia – przedstawicielka biura u którego zarezerwowałem sobie już wcześniej 4 dniową wycieczkę po Altiplano. Warto wybrać tę opcję gdyż samotna podróż przez te bezdroża może się źle skończyć, a ceny w biurach nie są wysokie, tym bardziej że w cenę wliczone są noclegi z wyżywieniem. W moim przypadku przyjemność ta kosztowała 120$ za całe 4 dni. Niestety jak to bywa w biznesie  jedni mają straty inni nadwyżki i ważna jest współpraca, tak i tu ta dewiza się sprawdziła. Z Uyunii travel w ten dzień był tylko jeden klient – ja. Po drugiej stronie ulicy w biurze brakowało im jednej osoby. No to jadę z grupą 5 osób: z 3 szwajcarami, 1 osobą z Chile i 1 osobą z Brazylii. Język niemiecki, hiszpański, portugalski i do tego polski – fajnie będzie! Przewodnik, a właściwie kierowca – niemowa! No i tu doświadczyłem pierwszego aktu dyskryminacji Europejczyków.  Otóż ja i szwajcarzy musieliśmy przepakowywać nasze bagaże i zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy, tj. ręczniki, majtki, szczoteczkę do zębów itp., na całe 4 dni, gdyż na nasze bagaże dużo miejsca w toyocie z napędem na cztery koła niestety nie ma. Brazylijka i Chilijka mogą zabrać ze sobą bagaże! Nie pomogły kłótnie z panią. Może pomoże Szacownej Właścicielce Biura chęć miłego traktowania Europejczyków po liście wysłanym w tej sprawie przez nas do ambasady Boliwii w Zurychu. Tyle, że skorzystają z tego inni turyści przybyli po nas! Z godzinnym opóźnieniem wyruszyliśmy. Za sterem toyoty Hector – niemowa, bo poza słowem: 10 minut na fotki – nie mówił nic. Za to nasza grupa bawiła się wyśmienicie przez całe 4 dni mimo różnicy wieku: od 18 do niestety 39 lat, czyli mojego dowodowego żywota. Solar to największe naturalne solisko świata widziane z kosmosu. W okresie lata (czyli naszej zimy) warstwa soli pokrywa się wodą, co daje efekt lustra. No i właśnie w tej porze, w lutym, wylądowałem i ja. Na początku wycieczki każdy musi zwiedzić cmentarz taborów kolejowych. Atrakcja marna, ale można pozwolić sobie na chłopięce zabawy skacząc pomiędzy wagonami. W końcu dalsza droga przez surowe pole, piaszczystymi drogami na Solisko. Widać je już z daleka jako wielkie jezioro, bo w rzeczywistości to jest jezioro. Nasz jeep bez problemu wjechał niemal na środek jeziora – wodna tafla może z 5-10 cm głębokości. Efekt jakby niebo zlewało się z Ziemią. Oczywiście wykorzystałem to do robienia zdjęć. Zwiedziliśmy także hotel  zrobiony w całości z brył solnych, a potem był lunch – na tyłach naszego wehikułu przygotowany przez Hektora – był nawet obrus, porcelanowe talerze i sztućce ze stali nierdzewnej. Niestety nie odwiedziliśmy wyspy Isla de Pescadores porośniętej kaktusami – zbyt duży poziom wody uniemożliwił pokonanie tej trasy jeepem. Szkoda, bo przygotowując się do podróży oglądałem zdjęcia na Internecie i pole kaktusów robiło ogromne wrażenie. No cóż – bezpieczeństwo ponad wszystko. Tego dnia zamieszkaliśmy w hotelu, tj. stajni. Pokoje urządzone bardzo prosto – ot 3 łóżka i toalety wspólne a prysznic owszem jest ale z lodowatą wodą – jak chcesz ciepłą – płać 10 Boliv. Nawet nie zrobiłam zdjęcia tego obiektu bo szkoda było miejsca na karcie sim. Nocowałem za to z Brazylijką i Chilijką w jednym pokoju. Niestety wysokość dawała znać o sobie – szkoda, że dotyczyła tylko mojej osoby! Całą noc miałem potworne odwodnienie – biegunka i wymioty na przemian. Nawet zastanawiałem się co jeszcze może  ze mnie wylecieć, bo to co było we mnie już dawno wyleciało. Usnąłem dopiero nad ranem. Tej nocy spałem 2 godziny. Na szczęście wszystko powoli zaczęło się w moim organizmie stabilizować – starość nie radość.

Początek drugiego dnia nie należał do moich ulubionych. Śniadanie – suchary + coca-cola. Odsypiałem w drodze, bowiem pierwszy punkt naszej trasy było oddalony od „hotelu” o ponad dwie godziny jazdy. Byłem nieprzytomny. Lunch też do mnie nie trafił ale Tori przygotowała mi talerz i mówiąc coś rozkazującego po hiszpańsku  wetknęła we mnie porcje makaronu. Nie wiem czy to dziewczyny tak wpłynęły czy to jedzenie, a może jedno i drugie, bo po chwili naprawdę poczułem się zdecydowanie lepiej.  I dzięki Bogu bo przed nami był już tylko bezkres Altiplano! W drodze do wulkanu Choquella spotkaliśmy wygłodniałego liska fenka. Hektor zatrzymał się a my próbowaliśmy spłoszonemu i wychudzonemu zwierzakowi podrzucić trochę kiełbasy. Lisek zjadł całość i tak się wycwanił, że niemal chciał wsiąść nam do jeepu. Niestety my musieliśmy jechać dalej ku lagunie Canapa i kilku mniejszych jeziorek w okolicy. Droga była żwirowa a za nami pozostawały tumany kurzu. Żeby sobie uprzyjemnić czas każdy z nas miał za zadanie zaśpiewać jakąś piosenkę we własnym języku. Wybrałem… „Wlazł kotek na płotek…”- dostałem brawa ale najpiękniejszą piosenkę zaśpiewała oczywiście Brazylijka! Na postoju tuż przy grzybach skalnych próbowaliśmy wymyślić jakąś fajną grupową pozę do zdjęcia- efekt możecie zobaczyć w galerii. Lagunę Canapę zapamiętam przede wszystkim z czerwonych flamingów- co prawda na kolejnych Lagunach były ich tysiące ale te wydawały mi się jakby najbardziej czerwone. Jednak tego dnia najpiękniejszym krajobrazem była Laguna Colorada. Duże jezioro o czerwonawym odcieniu wody. Żyją tu flamingi krótkodzibe ale mnie najbardziej urzekły dziko pasące się lamy i alpaki, które pożerały kępy traw i mech zwany tu Ilareta (wykorzystuje się go również jako środek opalowy). Tego wieczoru dojechaliśmy do małej osady Campamento Ende, które okazało się stacją meteorologiczną. Warunki hotelowe były jeszcze gorsze od tych w „stajni” ale przynajmniej nie maiłem już rewolucji żołądkowych. Po obiadokolacji, która była dużo bardziej uboższa od lunchu przygotowanego przez Hektora siedzieliśmy w niewielkiej sali z innymi turystami głównie z Chile. Niewiele rozumiałem ale i tak dobrze się bawiłem w ich towarzystwie popijając chilijskie wino. Noc była bardzo zimna! Śpiwory niestety nie wystarczały więc z plecaków powyciągaliśmy wszystkie swetry, spodnie, skarpety i czapki z rękawiczkami. Żeby było jeszcze bardziej ciepło zsunęliśmy wszystkie łóżka tworząc jedno wielki łoże w którym w kupie zasnęło 6 osób.

Pobudka rano o 5.00- to jakaś nienormalna godzina! Szybkie pakowanie bagaży na jeepa i wyjazd… bez śniadania. Pierwsze pól godziny w ogóle nie pamiętam- Hektor mógłby nas wywieść gdzie chciał- wszyscy spali jak zabici. Dopiero gdy dojeżdżaliśmy do istnego piekła przez uchylone okna pobudził nas dostający się zapach siarkowodoru. Dotarliśmy do Geysers Sol de manana- krajny z kilkudziesięcioma gejzerami. Zimno bardzo. Para z dziur w ziemi wydobywała się tworząc zamglony obszar w dodatku śmierdzący gnijącymi jajami. Musieliśmy poruszać się bardzo wolno i dokładnie po wyznaczonych trasach. Gejzery wybuchały co jakiś czas niezbyt wysokim słupem gorącej wody. Jeden z przewodników z innej grupy, która tu też dojechała wrzucał kostki mydła do wnętrza gejzeru powodując jego wybuch na zawołanie. Kilka kilometrów dalej mogliśmy wśród andyjskich traw zamoczyć się w gorących termalnych wodach. Do niewielkiego jeziorka zdecydowała się z naszej ekipy wejść tylko Tori i ja. Było super. Temperatura minusowa a my zanurzeni w naturalnym jeziorku termalnym. Gorzej było z wyjściem na zewnątrz i przebieraniem się w prowizorycznym drewnianym baraku. Potem było śniadanie- po takiej kąpieli było zbawieniem. W oddali widzieliśmy lekko ośnieżony szczyt wulkanu Licancabur o wysokości 5960 m npm. Zatrzymaliśmy się na godzinę nad jeziorkiem Laguny Verde, której odcień wody miał mieć kolor błękitu- w rzeczywistości mi przypominał odcień zieleni- ale co ja facet mogę wiedzieć na ten temat- może to i jakiś odcień niebieskiego był?) Obszar był coraz bardziej suchy. Ponad 5000 m npm. Znikneły kępy traw a zastąpiły je żwir i ił. To oznaka, że zbliżamy się do najbardziej suchego miejsca na Ziemi- Pustyni Atacama! Przejście graniczne pomiędzy Boliwią i Chile to niewielka budka w której należy załatwić formalności paszportowe. Niestety wszystko przebiegało wolno bo wszystko spisywane jest przez urzędników ręcznie- nr paszportu itd. Niemniej choć zniecierpliwiony stałem w kolejce do odprawy. I oto po około godzinie dalszej jazdy stanąłem na Pustyni Atacama! To tu wg statystyk nie spadła przez niemal 200 lat ani kropla wody! Teren jest suchutki, ale nie ma tu piasku, wydm tylko żwir o odcieniu brązu. San Pedro de Atacama to główne miasto tego regionu zamieszkałe przez 5 tysięcy stałych mieszkańców. Zdziwił mnie fakt, że w miasteczku rosną drzewa- nie jest ich zbyt wiele ale w końcu to pustynia. Tu w jednej z restauracyjek na podwórzu zjedliśmy lunch. Był czas na indywidualny spacer ale do oglądania poza kościołkiem nie było zbyt wiele. Dziewczyny oczywiście ciągnęły na targowisko. Kupiłem sobie niewielką solną lamę i naszyjnik, który nie wiem gdzie oderwał mi się od szyj i pozostał w Andach. Tu również nastąpiło pożegnanie Tori- która ruszyła dalej na południe do swojego Santiago de Chile. My z Hektorem upaliliśmy się w drogę powrotną do Boliwii. Mijając Lagunę Blancę i Disierto de Salvador Dali z pięknymi grzybami skalnymi dojechaliśmy na nocleg do osady Quetena Grande. Tego wieczoru zakwaterowani w równie spartańskich warunkach hotelu urządziliśmy sobie pożegnalny wieczór przy ognisku. Udało nam się pozbierać trochę patyków a o resztę opału poprosiliśmy- oczywiście za opłatą- naszego gospodarza hotelu. Popijając wino argentyńskie zakupione w San Pedro (ciekawe zestawienie- niedobre argentyńskie wino zakupione w Chile popijane w Boliwii prze Brazylijkę, Szwajcarów i Polaka) śpiewaliśmy nasze hymny- tym razem nasz dostojny „Mazurek Dąbrowskiego” w wykonaniu Mario był niekwestionowanym zwycięzcą! Tego wieczoru nawet Hektor zaczął coś mówić bo wszyscy myśleliśmy, że jest naprawdę niemową!

Ostatni dzień naszych wojaży rozpoczął się od niespodzianki. Grupa Czechów, która rozpoczęła wycieczkę była bardzo niezadowolona po jednym dniu z  pracy swojego kierowcy. Doszło pomiędzy nimi nawet do rękoczynów i owy przewodnik uznał, że dalej nie pojedzie z takimi turystami. Jedyna rada to zamiana kierowców. Hektor dał się mu przekupić i musieliśmy nasze bagaże przerzucić na dach innego jeepa a nasz wehikuł z Hektorem pojechał z grupą Czechów. Ależ musieli być zawiedzeni, bo Hektor potrafił mówić tylko: stop, foto, lunch. Za to my dostaliśmy tym razem wygadanego kierowcę. Opowiadał nam o swojej rodzinie, o warunkach życia i turystyce na tych terenach. Zawiózł nas do swojej wioski gdzie rodzina ugościła nas jadłem we własnym domu. Obok w strumieniu kobiety robiły pranie a panowie zaganiali stada alpak. Sielsko anielsko! Wieczorem dojechaliśmy do Uyuni. Niestety przyszedł czas na pożegnanie- do dziś utrzymuję kontakty ze szwajcarami, niestety z dziewczynami z Brazylii i Chile kontakt mi się urwał. Szwajcarzy postanowili zostać jeszcze w mieście jedne dzień i dalej pojechać do Potosi, ja zaś wieczorem miałem już nocny autobus powrotny do La Paz.
IMG_3189 IMG_3214 IMG_3246 IMG_3254 IMG_3319 IMG_3314 IMG_3259 IMG_3273 IMG_3327 IMG_3382 IMG_3409 IMG_3505 IMG_3430 IMG_3441 IMG_3525 IMG_3550 IMG_3554 IMG_3564 IMG_3563 IMG_3494 IMG_3580 IMG_3605 IMG_3612 IMG_3629 IMG_3628 IMG_3650 IMG_3658 IMG_3666 IMG_3684 IMG_3696 IMG_3699 IMG_3725 IMG_3728 IMG_3729 IMG_3723 IMG_3727 IMG_3735 IMG_3743 IMG_3769 IMG_3773 IMG_3757

One thought on “Solar de Uyuni- Altiplano- Pustynia Atacama

  1. Hey There. I found your blog using msn. This is a really well written article.
    I will be sure to bookmark it and return to read more of your
    useful information. Thanks for the post. I’ll definitely comeback.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *