Nie ma chyba piękniejszej wyspy na Morzu Śródziemnym jak Malta! Budzę się rano i sprawdzam na poczcie maile a tu… informacja z Ryanair.com, że kupiłeś bilet na Maltę! Kiedy?! Jakim cudem?! No może ostatniej nocy trochę bardziej pobalowałem ale nie przypominam sobie żebym coś rezerwował! A jednak! Nie tylko, że zarezerwowałem to i kupiłem plącąc kartą kredytową- jak ja wklepałem bezbłędnie te wszystkie cyferki?- tego nie wiem do dziś! Zaraz, zaraz a kiedy ja mam ten lot- ze zdenerwowania w sekundę oblał mnie zimny pot! Na szczęście zarezerwowałem termin majowy więc nie będę musiał brać urlopu bezpłatnego!
W środę stałem na płycie lotniska w Balicach z torbą jak na siłownię zapakowana w najpotrzebniejsze rzeczy na najbliższe 4 dni. Już z okien samolotu Malta przedstawiła mi się jako piękna i mocarna. Piękna bo pagórkowata z postrzępioną linią brzegową, jaskiniami a do tego mała! Mocarna bo jej miasta obwarowane jakby strzegły jej sekretów!
Szybko miejsko- maltańsko zielonym klimatyzowanym autobusem, a nie jak na starych fotografiach żółtym ogórkiem dostałem się pod mury starej Valletty- stolicy Malty. Wystarczy przekroczyć główna bramę Vallety a można się poczuć jak w epoce Vasco da Gamy. Wąskie uliczki, kamieniczki z wykuszami i drewnianymi okiennicami. Wszystko przyozdobione dużą ilością czerwieni od flag, kwiatków po parapety i balkony. Mój hostel znajdował się właśnie w jednej z takich uliczek z tym wyjątkiem, że można było pod niego podjechać samochodem jeśli ktoś jest zmotoryzowany. Ja akurat na Malcie polegałem na własnych nogach i transporcie miejskim. Moi gospodarze czekali już na mnie i choć przez hostelworld.com zamówiłem tylko pokój jednoosobowy z łazienką i śniadaniem przez 3 kolejne doby to tuż po zakwaterowaniu już wieczorową porą zaproszono mnie na kolacje. Mój pokój znajdował się na ostatnim piętrze do którego wiodły zielone metalowe kręte schody. Ogromne łoże iście królewskie, jak i sufit od podłogi chyba na 6-7 metrów- prawie jak w komnacie, gdyby nie prysznic z zasłoną w rogu pokoju i okna z widokiem na klaustrofobiczny dziedziniec do którego promienie słoneczne docierały jedynie w czasie górowania słońca nad nim mógłbym poczuć się tutaj jak Król.
Tuż po śniadaniu następnego dnia udałem się miejskim autobusem, kupując wcześniej bilet całodzienny na komunikację po całej Malcie- za wyjątkiem Gozo. Wyznaczyłem sobie trasę mojej wycieczki a że miałem tylko trzy dni, to harmonogram był bardzo napięty. Jadąc autobusem do Blue Erie poprosiłem kierowcę autobusu żeby powiedział mi gdzie mam wysiąść, ale ten widocznie sobie zapomniał o malutkim Polaczku i przypomniawszy sobie o mnie dostrzegając mnie w lusterku zatrzymał się przystanek dalej w niemal szczerym polu mówiąc, że musze się cofnąć i tam w dole jest ta przystań co mnie do tego miejsca co chce zabierze. No to fajnie, teraz drałować mam w dodatku pod górę a potem w dół, a na ostatnim przystanku rzeczywiście wysiadało spora grupa ludzi no to teraz będę chyba godzinami czekał na kolejną łódź. Ile miałem tchu i siły w nogach leciałem nie drogą a jakimiś polnymi ścieżkami w kierunku przystani. W końcu stanąłem nad wielkim klifem u podnóża którego stały łodzie. Jak tu zejść, przecież nie skocze! Udało mi się szybko znaleźć ścieżkę prowadzącą do drogi i co mnie ucieszyło wyprzedziłem całą grupkę turystów z mojego autobusu! Ha, jestem sobie Mistrzem! Co nagle to po diable- jednak pędziłem tak szybko, że przeoczyłem kasę z biletami na łodzie za to stanąłem w kolejce z 3 osobami przede mną! Kiedy się okazało, że musze bilet kupić to do kasy ciągnęła się już wieloosobowa kolejka. Cholera! Ale stoję dalej przy łodziach- jak coś to powiem, że nie wiem gdzie trzeba kupić bilety i tu zapłacę- może się uda! I udało się tylko nie dzięki moim przewidywaniom tylko dzięki jednej starszej Pani, która widząc pomarańczowe kapoki na powracających turystach zdecydowała się zrezygnować i ja od niej odkupiłem bilet. Cudna to wycieczka była. Łodziami na napęd silnikowy wjeżdżaliśmy do jaskiń ukrytych pod stromymi klifami w które uderzały fale.
Po powrocie z jednej z lokalnych knajpek wypiłem sobie kawkę. Czekając na autobus siedziałem w cieniu białej kapliczki pod którą znajdowała się tablica pamiątkowa rybaka, który zatonął w głębinach morza śródziemnego. Kolejnym punktem mojej wyprawy były klify Diffe, imponujące, olbrzymie! Niestety autobus tu nie dojeżdża więc długo się nie zastanawiając zdecydowałem się na pieszą wędrówkę. Gdybym wiedział ile mi to czasu przy 30 stopniowej aurze zajmie to nigdy bym się na coś takiego nie zdecydował. Mijając pola uprawne z bliżej nie znajomymi mi gatunkami, mijając wozy zaprzęgnięte osiołkami dotarłem do niewielkiej nieczynnej latarni i dalej kamienistą drogą po której nie stąpał chyba żaden normalny turysta dotarłem do klifów. Widok w dół oszałamiający, jedynie taki podziwiałem na klifach Moher w Irlandii. Niestety w dół zejścia nie ma no chyba że ostateczny skok w wysokie fale- niestety taki desperat jeszcze nie jestem! Posiedziałem, pozachwycałem się i trzeba wycacać- ale gdzie iść?! Na mapie najbliższa miejscowość to Madyna- dwie, trzy godziny? Może dojdę?! Szedłem ledwie niecałą godzinę gdy moim oczom ukazał się przystanek…bez rozkładu jazdy ale za to z numerem autobusu. Czyli cos tu jednak dociera i nigdzie się stad już nie ruszam. Siedzę w metalowym nagrzanym do czerwoności przystanku. Po 20 słyszę, że cos jedzie… autobus do Vallety! Ale skoro już tu jestem i przede mną Madyna to warto jednak ją zobaczyć, skoro sam św. Paweł i św. Agata tu przebywali?! Katakumby mnie nie zachwyciły za to stara Medyna a i owszem. Wiedzie do niej most nad fosą a wejście chroni wielka brama. Główna fara ładna choć jej wyposażenie słabe w porównaniu do naszych polskich kościołów. Powłóczyłem się wąskimi uliczkami na których stały już kwitnące w donicach pelargonie. Z przystanku nieopodal „starówki” wsiadłem do autobusu, który dowiózł mnie pod mury Vallety.
Na Malcie odwiedziłem jeszcze Marsamxett miasteczko w porcie którego cumują kolorowe łodzie z „oczami Ozyrysa” nazywane przez miejscowych luzzu lub dajsa .
W Mosta warto zobaczyć jeden z największych rotundowych kościołów- robi wrażenie!
Najlepsze knajpki i nocne kluby ma Sliema i San Gilian.
Nie polecam Popeye Village- bardzo drogo i jak dla mnie kiczowato!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *