Dla mnie najpiękniejsza stolica Europy- Lizbona! Skradła moje całe serce! To miasto ma super mikroklimat- ten klimatyczny ale i i ten przede wszystkim kulturalny. Te wąskie uliczki Alfamy- przenoszące człowieka w arabskie miasta a z drugiej strony cuda architektury jak niedawno otwarty najdłuższy most Europy- most Vasco da Gamy. Wspaniali ludzie, jedzenie, wino- mógłbym dniami i nocami rozkoszować się tym miastem. Póki co w Lizbonie spędziłem zaledwie 4 dni, ale wierzę, że niebawem znów w niej na dłużej zagoszczę a to dzięki bezpośredniemu połączeniu tanimi liniami z Krakowa.
Ja do Lizbony dotarłem rejsowym autobusem z Fatimy. Główny dworzec oddalony jest kawałek drogi od centrum do którego najłatwiej dostać się oczywiście metrem. Na dzień dobry w automacie biletowym zakupiłem sobie kartę turystyczną na 3 dni. Karta zamiast na metro okazała się kartą na kolej podmiejską- taka moja znajomość języków obcych! Zablokowałem bramkę wejściową do metra bo kilkukrotnie próbowałem a to skanować a to wkładać niebieską kartę i ciągle bramka się nie otwierała. W końcu podeszła do mnie Pani z „budki” i stwierdziła, że to nie bilet na metro. Wydałem kolejne pieniądze na zakup nowej karty, tym razem pasowała na metro. Po dojechaniu do centrum- wg mojej mapy miałem do przejścia do hotelu masssseeee drogi a tu ot jedna krótka uliczka, wysokie schody, druga wąska uliczka i już hotel na wzgórzu. Widoku na miasto to ja z tego hotelu niestety nie miałem bo jedynka okazała się klaustrofobiczna z małym okienkiem na śmietnik- choć i tak byłem zadowolony, że okienko było! Hotelik hotelikiem ale dla mnie ważniejsze były atrakcje Lizbony, więc rzuciłem walizkę, nieco się odświeżyłem i ruszyłem. Tego dnia dotarłem aż… dwie uliczki dalej. Tuż przy hoteliku w restauracji była degustacja miejscowych win- wstęp 1 Euro (w cenie degustacja). Degustowałem, degustowałem, degustowałem, wyszedłem. Poszedłem kilka kroków dalej- zachciało mi się jeść, więc przy stoliku rozłożonym na schodach zajadałem Carne de Porco à Alentejana- (mieszanka mięsa i małż) oczywiście popijając winem, którego kelnerzy mi nie żałowali. Jak już się posiliłem, wstałem, poszedłem dalej… uliczkę dalej. Tu z kolei za 2 Euro degustacja mocniejszych trunków- za 2 Euro!- żal nie skorzystać. Po tej degustacji schody stały się dla moich nóg jakieś bardziej strome więc postanowiłem już ich dalej nie forsować i powróciłem do hotelu.
Drugi dzień zacząłem bardzo wcześnie- budzik nakręcony na 6 rano. Na ulicach pusto i trochę jakby ciemno jeszcze było- ale co się dziwisz geografie- w końcu Portugalia to najbardziej na zachód wysunięte Państwo kontynentalnej Europy to i słońce tu wschodzi później niż w Polsce a czas różni się tylko 1 godziną. Śniadanie zjadłem w lokalnej, brudnej malutkiej kafejce gdzie swoja poranna kawę popijali emerytowani Lizbończycy. Jedyna działająca o tej porze atrakcją turystyczną był żółty tramwaj- ten, który stał się symbolem tego miasta. Linia 28 zabrała mnie wąskimi uliczkami Alfamy na wycieczkę. Wysiadłem pod Katedrą Se czyli pw. NMP a potem przeszedłem do lizbońskiego zamku i dalej aż po windę Santa Justa, która wywiozła mnie na taras skąd podziwiałem panoramę Lizbony. Tego dnia zaszyłem się w restauracji pod chmurką na placyku D.Pedro gdzie swój repertuar przestawiał transwestyta w dziurawych pończochach- zupełnie pozbawiony głosu ale zawsze to jakaś atrakcja. Zamówiłem sobie mohito ale dostałem margarite- ok., wypiłem; zamiast frytek z kurczakiem dostałem frytki z bliżej mi niewiadomą rybą- zjadłem; najgorszy był jednak rachunek…50 Euro! Zapłaciłem. Długo mi się jeszcze bekało po tej kolacji. Kolejny dzień spędziłem w Belem- dzielnicy Lizbony ale o niej napiszę już w kolejnej relacji. Z pewnością moja wizyta w Lizbonie nie byłaby pełna gdybym nie zaliczył zachodu słońca na schodach Cais de Colunas i nie spędził wieczoru słuchając wywodzącego się właśnie z Alfamy- Fado! Jedno i drugie oczywiście zaliczyłem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *