Na lekcji geografii oglądając prezentację o Australii, widząc slajd z Ayers Rock jeden z uczniów zadał mi pytanie: A Pan wyszedł kiedyś na szczyt tej góry?
-Oczywiście, że tak . Takiej atrakcji bym sobie nie darował- odpowiedziałem.
Prawda niestety była inna- nie byłem! Już po lekcji dręczyło mnie sumienie, że okłamałem własnego ucznia, mało tego okłamałem całą moją wychowawczą klasę. I teraz stań tu człowieku i powiedz, że kłamałeś a powiedzą Ci, że wszystko co im mówisz na geografii to kłamstwo. Już w drodze do domu myślałem jak łagodnie przez to przebrnąć i jedyną słuszną decyzją jaką mogłem podjąć to po prostu tam pojechać, wyjść i ulżyć mojemu sumieniu. Tak też zrobiłem.
Samolotem z Sydney doleciałem do maleńkiej osady Yulara w samym sercu Australii. Na lotnisku wynająłem sobie samochód, bo widziałem, że na tym pustkowiu z komunikacją będzie bardzo duży problem. Sama Yulara to właściwie osada turystyczna: hotele, motele, logia, hostele, 3 restauracje, 1 sklep, kilka butików pamiątkarskich. Ja nocowałem w hostelu w pokoju 20 osobowym, gdzie poza kilkoma Australijczykami obok mnie rozłożył się Koreańczyk. Chłopak był nadzwyczaj niekomunikatywny i unikał wszelkich rozmów a szkoda bo mógł na znajomości ze mną skorzystać. Koreańczyk codziennie po 3 w nocy wstawał, pakował się, skrzętnie zamykał kodem swoją walizkę, którą następnie łańcuchem przypinał do łóżka i opuszczał hostel. Zastanawiałem się gdzie on o tej porze się wybiera, może gwiazdy obserwował? Okazało się, że o 4 wyrusza autobus turystyczny , który zabiera uczestników na kolejne wycieczki do Parku Narodowego Kata Tjuta w której znajduje się ten słynny twardziel skalny czyli Ayers Rock zwany również Uluru (lub na odwrót). Jakby ze mną trochę pogadał to pewnie bym go zabrał do samochodu i razem i to o połowę ceny za autobusową wycieczkę by chłopak pozwiedzał. Wjazd do Parku jest oczywiście płatny- ja wybrałem taki na 3 dni, bo tyle zamierzałem na tym terenie być. Jeszcze tego samego dnia po wylądowaniu i zakwaterowaniu w hostelu zdecydowałem się na wycieczkę pod Czerwoną Skałę. Samochodzikiem objechałem ją dookoła- to jest jakieś 20 km. Ustaliłem miejsce skąd wyruszają wycieczki na jej szczyt i z parkingu poobserwowałem zachód słońca i zmieniające się kolory Ayers Rock. Na kolację w restauracji zjadłem kiełbaski z Emu i po 22 ululałem się w swoim łóżeczku.
Kolejny dzień miał być jednym z ważniejszych dni w moim życiu- Gotfryd zdobędzie szczyt!
Wstałem godzinę po wyjściu Koreańczyka, koło 5. Szybka toaleta. Niestety o tej porze były nieczynne obie restauracje więc pozostało mi na śniadanie 5 bułek czekoladowych, które poprzedniego dnia zakupiłem jeszcze w Sydney. Podirytowany jechałem na uspokojenie mojego sumienia.
Szlak prowadzący na szczyt góry otwierany jest o świcie około 6 rano i zamykany o 8.00 gdy temperatura osiąga plus 30 stopni. Szlak nie był też otwierany jeśli o 6.00 temperatura była wyższa niż 25 stopni. O zachodzie wejścia nie ma. Już w Polsce będąc świadomy tych wysokich temperatur, bo mój pobyt tam przypadał na australijskie upalne lato, modliłem się gorliwie do Pana Boga z prośbą by pogoda była na tyle stabilna, żeby moje buty mogły podążać drużkami prowadzącymi ku górze! Pan Bóg wysłuchał gorliwych gróźb moich, tyle, że nie myślałem, że aż tak! Temperatura w ów dzień była ok ale nocą przeszła gwałtowna burza z silną ulewą- tu na tym suchym lądzie gdzie bardzo rzadko notuje się opady i to w czasie mojego pobytu- przypadek?!
Przed szóstą niemal cały parking przed wejściem na szlak był zapełniony. Byłem wśród 13% wszystkich turystów którzy rokrocznie decydowali się na wspinaczkę.
Trochę spóźniony parę minut po szóstej, zarośnięty Aborygen podjechał swoją rozklekotana czerwoną furgonetką pod szlak- otworzył wielką metalową skrzynię ulokowaną obok szlabanu i wyciągnął jakąś tablicę. Ponoć tak jest zawsze- zawiesza on jedna z tablic np. witającą turystów. Oczywiście byłem już przygotowany: buty traperskie, polarek, plecaczek z zapakowaną mineralką niegazowaną i snickersami; zwarty i gotowy czekałem w samochodziku. Dużo osób na widok Aborygena zaczęło wychodzić z samochodów i podchodzić pod szlaban gdzie oczekiwało na podniesienie metalowej zapory. Aborygen niestety zamiast tabliczki „Welcom” wywiesił tabliczkę „Road Closed”! Ludzie zawiedzeni dopytywali dlaczego, ponoć szlak po ulewie jest bardzo śliski i grozi bezpieczeństwu. Turyści zaczęli powracać do swoich samochodów i odjeżdżać. Ja postanowiłem trochę zostać bo może za godzinę lub dwie szlak obeschnie i Aborygen szlaban podniesie? Czekałem ale się nie doczekałem, tabliczka z zakazem o 8.00 wciąż wsiała. Jaki ja byłem wtedy załamany! To była jedyna moja możliwość wyjścia na jej szczyt bo następnego dnia o 13 wylatywałem już z powrotem do Sydney a jak czytałem na forach czas wyjścia i zejścia zajmuje średnio 4-5h tak, że kolejny dzień już nie wchodził w rachubę. Jak ja się wtedy zdenerwowałem, tak bardzo, że po śniadaniu czekoladowymi bułeczkami mój żołądek nie wytrzymał. A że nie było nigdzie toalety to (przepraszam, że to napiszę) obsrałem na długości 4 km czczoną przez miejscowych Uluru. Trochę czasu minęło zanim wszystko mi się poukładało i ruszyłem samochodem dalej- jak najdalej od Uluru! 40 km na zachód w Kata Tjuta znajduje się druga formacja skalna Olgas- grupa 30 skał na które wyjść się nie da ale można pochodzić szlakami pomiędzy nimi. Walpa Gorge był moim pieszym przystankiem. Kiedy tu dotarłem, dotarł również autokar z „moim Koreańczykiem”- wiecie, że nawet mi nie odpowiedział Hi! Jakiś taki ciapowaty ten mój sąsiad! Oprócz niego była również grupa podobnych niemu- paniusie z białymi chroniącymi od słońca parasoleczkami i faceci w garniturowych spodniach, koszulach, obwieszeni aparatami fotograficznym z obiektywami tak długimi jakby chcieli poprzez nie udowodnić swoja męskość. A jak przeżywali swoje wyjście ścieżką o nachyleniu 10%, sapali wszyscy! Oczywiście Polaczek szybciutko wyminął wszystkich Koreańczyków i koniec kanionu dotarł jako pierwszy! Nie udało mi się jednak zejść pierwszemu na parking bo dla części „chińczyków” szlak był drogą ponad ich możliwości fizyczne i po przedreptaniu kilku metrów zawracali do autokaru. Zanim ruszyłem dalej prze piętnaście minut „klimatyzowałem samochód”, który stojąc na parkingu nagrzał się do temperatury 80 stopi. Bałem się, że opony zaraz na asfalcie mi się zaczną topić. Było już bardzo gorąco- ponad 35 stopni na pewno a godzina była 10. Zdecydowałem się podjechać w inną część Olgas, gdzie jeszcze na parkingu było trochę cienia. Widziałem tablicę ostrzegawczą, że powyżej 36 stopni szlak jest zamknięty ale ludzi spacerujących po Valley of the winds widziałem dlatego uznałem, że warto się na spacerek wybrać nie wiedzą jeszcze, że spacer ów będzie trwał- 5 godzin! On Valley odchodziła okrężna droga Karingana i Karu Lookout. Szlak prowadził pomiędzy kolejnymi skałami, gdzieniegdzie były niewielkie oczka wodne z niewielką jednak ilością wody. Droga była nie tyle stroma co usłana wieloma obrywami skalnymi które trzeba było pokonać. Po godzinie na szlaku zostałem sam. Szedłem nim, choć coraz bardziej temperatura dawała mi znać o sobie, było coraz goręcej. Po rozgrzanej drodze kilka razy przeciągnął się bliżej nieznany mi wąż ale największy lęk wzbudziła we mnie duża jaszczurka z rodziny waranów (potem doczytałem, że ów gad to Varanus giganteus czyli waran wielki, który może osiągnąć nawet 2,5 metra- mój był chyba nastolatkiem). Gadzina stanęła naprzeciw mnie wyciągając w moim kierunku swój długaśny jęzor! Dzięki Bogu mój żołądek był pusty bo kto wie czy cząstka mojego materiału również nie pozostałaby na Olgas. Jaszczur stał naprzeciw mnie i nawet nie myślał ustąpić mi drogi. Powolutku dałem kilka kroków wstecz i boczną ścieżką małymi cichymi kroczkami wodząc wzrokiem za jaszczurem się oddaliłem. Słupek termometru wciąż rósł a mi zaczęło brakować wody. Wszystko co miałem w butelce już wypiłem a w niewielkiej sadzawce woda była zbyt mętna żeby skusić się na degustację. Kiedy przechodziłem obok tablicy z informacją o wysokości temperatury ona była z przegrzania już nieczynna a na szlaku widniał napis CLOSED, a ja wciąż szedłem. Przyznaję, że akurat do tej wędrówki zupełnie się nie przygotowałem, a właściwie nie tyle, że nie przygotowałem co jednak przyroda dała mi o sobie znać. W bagażniku samochodu miałem jeszcze dwie butelki mineralnej- wypiłem jedną całą- gorącą! Chłodziłem się przez kolejne pół godziny w klimatyzowanym samochodzie zanim ruszyłem dalej.
Aborygeni są rdzennymi mieszkańcami Australii i są bardzo niegościnni. Turystów nie lubią za to ich pieniądze już bardzo. Wstęp do wiosek w których dzielą się swoją kulturą jest oczywiście płatny i to nie mało. Aborygenów szczególnie młodych można spotkać także przed sklepem w Yularze, gdzie żebrzą jedzenia dla siebie. Brudni, poubierani w podarte łachmany, z rozczochranymi włosami grzecznie proszą o pomoc ale w zamian nie pozwolą nawet zrobić sobie z nimi zdjęcia. Słyszałem, że uznają, że robienie im fotek jest tak jakby zabierano im cześć ich duszy. Aborygeni Ayers Rock uważają za swoje święte miejsce. Nazywają ją Uluru czyli Miejsce Spotkań (niektórzy nazywają ją Górą Śmierci ze względu na dużą ilość zgonów notowanych w czasie wyjścia). Uluru jest w rzeczywistości twardzielcem . Sławę zawdzięcza też zmianom koloru w zależności od pory dnia różnych odcieni czerwonego (skała zbudowana jest z piaskowca z dużą ilością żelaza, która bezpośrednio wpływa na kolor czerwony góry). Ja Ayers Rock widziałem nocą, przed wschodem słońca, w dzień , w czasie zachodu i rzeczywiście góra ta zmieniała kolory od blado pomarańczowego do krwisto czerwonego przy zachodzie.
U podstawy Uluru znajduje się wiele małych jaskiń w których można zobaczyć prymitywne aborygeńskie rysunki naskalne.
Aborygeni proszą turystów by nie wychodzili na wierzchołek Uluru, bo dla nich takie zachowanie jest bezczeszczeniem ich świętości. Dla wzbudzenia strachu nieopodal głównego wejścia na szlak zrobiono niewielki symboliczny cmentarzyk tym, którym na Uluru nie starczyło sił i spadli w dół lub zakończyli swoje życie z osłabienia. W sumie jest tu upamiętnionych 37 osób. Z roku na rok coraz więcej turystów decydowało się uszanować wole Aborygenów i rezygnowało ze wspinaczki. Aborygeni wywalczyli sobie prawo do zamknięcia szlaku od 26 listopada 2019 (moje nogi stały tu w lutym 2018). Wiedziałem o tej dacie i mimo szacunku do Aborygenów i ich tradycji ja po prostu chciałem wyjść na tę górę.
Jadąc z Olgas w kierunku Yulary skręciłem do niewielkiej osady Aborygenów- zaryzykowałem, choć byłem pewny, że nie spotka mnie tam nic miłego. Podjechałem, zgasiłem silnik samochodu i ruszyłem powoli w kierunku ceglanego domku pokrytego zardzewiałą blachą. Zastukałem. Nie było nikogo. Poszedłem dalej za dom gdzie w zaroślach siedziały Walabia, małe kangury, które nawet nie zareagowały na moją obecność spokojnie sobie dalej leżąc. Nie zareagowały nawet na donośny głos kudłatej Aborygenki, która wróciła w tym czasie skądś i zwracała się w moim kierunku. Powiedziała mi, że nie wolno mi tutaj być i żebym sobie szybko poszedł. Próbowałem miło z nią pogadać ale ona nadal była złowrogo nastawiona. Wolałem się wycofać. Kiedy odpaliłem już samochód Aborygenka podbiegła do mojego samochodu- myślałem, że chce go uszkodzić a ona przyniosła mi kawałek patyka przekształconego przez nią za pomocą noża i gwoździa i wypalonych wzorów w jaszczurkę za… 10 Dolarów australijskich! I wiecie co?- stoi ona dziś u mnie w salonie na półce przy telewizorze.
Zachód słońca na Ayers Rock był intensywny nie tyle z spektakularnego naturalnego barwnego widowiska co z powodu moich uczniów. W podroż zabrałem ze sobą sprawdziany a jakżeż … z Australii i sprawdziłem je na plaży na wyspie Viti Levu na Fidżi a tu zdecydowałem się zrobić zdjęcia – każdą z osobna! Trochę się nalatałem miedzy aparatem z samowyzwalaczem i miejscem pozowania. Po powrocie dostali ode mnie fotki- będą co mieli opowiadać wnukom chwalić się, że ich sprawdzian to nawet w Australii był! Nawet jak widniała na nich 1 !
Na kolację zjadłem kangura i aligatora- choć ten ostatni nie bardzo przypadł mojemu podniebieniu- jakiś taki twardy, żylasty.
Następnego dnia wstałem znów o piątej. Szybka toaleta, niemal tak jak spałem zapakowałem się do samochodu i bez większej nadziej na wejście ruszyłem w kierunku Uluru. Było jeszcze ciemno. Na parkingu ani jednego samochodu. Śniadanie, tym razem lepszejsze bo wczorajszego dnia udało mi się wieczorem zrobić jeszcze zakupy w sklepie oddając kiść bananów Aborygence spod sklepu. Koło szóstej ten sam Aborygen co dzień wcześniej podjechał swoją furgonetką pod szlaban, otworzył metalową skrzynię, wyciągnął tablicę i …. podniósł do góry belkę. Nie bardzo dowierzałem, ale poszedłem się upewnić czy oby na pewno mi się to nie śni. Aborygen powiedział, że dziś szlak otwarty i jak chce mogę iść. Nawet nie wiecie jak szybko ubierałem dresówki, buty, jak szybko pakowałem plecak byle tylko zdążyć zanim Aborygen zmieni zdanie! Moje marzenie miało się spełnić. Kiedy przekroczyłem szlaban stwierdziłem, że nie będę się obracał do tyłu, nawet jakby Aborygen próbował mnie zawrócić- Nie wiem, nie znam języka, nie wiem co mówisz itd. …Idę! Początkowy odcinek był bardzo łatwy ale z kolejnymi metrami szlak stawał się coraz bardziej stromy. Trzeba było się trzymać łańcuchów. Do tego wspinaczka odbywała się w pochyleniu ciała do przodu. Czym wyżej tym silniejszy stawał się wiatr. Byłem sam. W niektórych miejscach było niezbyt bezpiecznie i wędrówka wymagała dobrej sprawności fizycznej, której mi z roku na rok jednak ubywa. Na szczęście cały dotarłem prawie na samą górę iiii…. patrzę w dół a tam na parking podjechał samochód z niego wysiadła trójka ludzi i jeden z nich wychodzi szlakiem do góry jakby miał siedmiomilowe buty- bez trzymania się łańcuchów mknie do góry! O nie! Ja tu pierwszy dziś przyjechałem to nie pozwolę by ten ktoś pierwszy dziś szczytował na Uluru. Tak się zawziąłem, że leciałem pędem pokonując liczne zagłębienia niekiedy wypełnioną wodą z zeszło nocnej burzy już na płaskim terenie Uluru. Kiedy będąc już prawie na miejscu zobaczyłem tego człowieka, że on już przebył tą trasę wspinaczkową miałem świadomość, że lada moment prześcignie mnie. Dalej miałem Powera! Udało się! Tego dnia pierwszy JA szczytowałem na tej Czerwonej Górze pośrodku kontynentu Australii! Jaki byłem z siebie dumny i zanim zrobiłem sobie pierwszą fotkę upamiętniającą mój sukces z tej gonitwy…. Zwymiotowałem! Nie dość, że Świętą Górę Aborygenów obsrałem dzień wczesniej to teraz jeszcze ją obrzygałem- myślę, że za to pójdę do piekła! Padłem na ziemię jak kłoda i przyległy do tej skały wpatrywałem się w bezchmurne niebo! Byłem z siebie dumny i mogłem sobie z czystym sumienie powiedzieć, że WSPIĄŁEM SIĘ NA TĘ GÓRĘ! Czyli moje kłamstwo rozgrzeszyłem! Dopiero po kilkunastu minutach ów mój rywal dotknął tablicy najwyższego punktu Uluru. Okazał się Rosjaninem- na tej Ziemi to prawie jak Brat! Uścisnęliśmy sobie dłonie i wspólnie pocykaliśmy sobie fotki. Ruszyłem w drogę powrotną gdzie spotkałem- „mojego Koreańczyka”, który również próbował swojego szczęścia w wspinaczce ale widząc jego poty w nawet nie w połowie góry raczej nigdy tam nie wyszedł. I wiecie ile mi cała trasa zajęła od parkingu do parkingu… zaledwie 2,5h.
Słyszałem o klątwie związanej z wyjściem na szczyt Uluru. Ludzie, którzy starali się na nią wejść spotykała kara w postaci nagłych zawałów serca, udarów mózgu- ludzi zupełnie zdrowych. Niektórzy turyści zabierali na pamiątkę małe kamyki, które potem masowo odsyłali na adres Parku Narodowego- ponoć przynosiły im wiele nieszczęść. Ja kamyków z Ayers Rock nie zabrałem. Niestety na szczycie góry ludzie- bardzo nieodpowiedzialni- pozostawiali śmieci w tym również pieluchy dzieci. Ja po drodze schodząc w dół zebrałem parę butelek i kilka papierków po batonach wciśniętych w szczeliny skał- może choć trochę w ten sposób odpokutowałem też moje „niegodne” ale nie zamierzone zachowanie.
27 listopada 2019, w dzień po zamknięciu szlaku w telewizji obserwowałem ceremonię tańczących ze szczęścia Aborygenów. Już żaden turysta nie będzie miał możliwości wejścia i podziwiania widoków z tej pięknej góry. Mi się jeszcze udało! A… po powrocie przyznałem się klasie z mojego kłamstwa- przebaczyli mi